Retro WrestleMania #2 – WrestleMania 27

0
images

Fot. WWE

Do czasu WrestleManii 42 będę publikował na naszej stronie retro artykuły, w których przypomnę wybrane przez siebie WrestleManie z dawnych lat.

Tym razem przenosimy się do 2011 roku i WrestleManii 27, którą wspominam ze sporym sentymentem, choć jej poziom nie należał do najlepszych i jeśli miałbym robić ranking NAJ WMek, to plasowałaby się ona niziutko. Ale moja nostalgia każe mi myśleć, że była tak wspaniała, jak Tinie Tempah i Eric Turner w piosence Written in the Stars.

No właśnie, theme song miała najwspanialszy z możliwych. Zdecydowanie mój ulubiony, chociaż I Made It może z nim rywalizować, jak równy z równym. Chyba nie da się dobrać lepiej pasującego do klimatu WrestleManii, bo to tak bardzo WrestleManiowa piosenka.

Gospodarzem show został powracający do WWE, The Rock. Wrócił po kilku latach przerwy i nie ograniczył się jedynie do hostowania WrestleManii…

WWE zaserwowało nam łącznie 10 pojedynków, z czego dwa odbyły się w kick offie. Sheamus zmierzył się z Danielem Bryanem o pas Stanów Zjednoczonych. Powalczyli 4 minuty w Lumberjack Matchu zakończonym ostatecznie no contestem. Szkoda, że nie dano im szansy pokazać się w głównej karcie i stoczyć dłuższej walki.

The Great Khali wygrał 23-osobowe Battle Royal, eliminując jako ostatniego Shemausa. Jaka była nagroda za tę walkę? Żadna. Typowy zapychacz, który równie dobrze mógł się wcale nie odbyć.

Główną kartę otworzył pojedynek o Big Golden Belt. Zwycięzca historycznego 40-osobowego Royal Rumble, Alberto Del Rio, skonfrontował się z ówczesnym mistrzem wagi ciężkiej, Edge’em. Przeciętny opener, z którego zapamiętałem to, że w pewnym momencie pojawił się Christian, który powstrzymał Brodusa Claya przed ingerencją w starcie na korzyść pretendenta (Clay robił wtedy za ochroniarza Del Rio), co koniec końców pozwoliło Edge’owi w sposób sprawiedliwy pokonać Alberta. Był to ostatni występ Edge’a przed przejściem na emeryturę.

Dalej mieliśmy starcie Cody’ego Rhodesa z Reyem Mysterio. Btw, tamta wersja Codasa była naprawdę interesująca, w dodatku miał świetny theme song. Dobre grapsy zrobili i nieźle się to oglądało. Cody walczył w specjalnej masce po tym, jak Rey uszkodził mu nos (oczywiście storyline’owo). W walce użył jej jako broni i dzięki temu odniósł zwycięstwo.

1:32 to czas następnej walki… po cholerę to bookowali to nie wiem. Big Show, Kane, Kofi Kingston i… Santino Marella zesquashowali The Corre. Po pierwsze, co to za randomowa drużyna, po drugie zakopanie drugiej grupy Wade’a Barretta stało się faktem. Byli w niej jeszcze Ezekiel Jackson, Justin Gabriel oraz Heath Slater.

CM Punk zawalczył z Randym Ortonem. Punk jako nowy lider Nexus, które nie wiadomo dlaczego dalej istniało. Utrzymywanie tej stajni przy życiu nie miało żadnego sensu. Najlepszy na świecie był w etapie przejściowym po zakończeniu projektu pod tytułem Straight Edge Society i chyba samo WWE nie wiedziało, w jakim kierunku ma pójść. Feud z Ortonem taki sobie, walka trochę lepsza, ale szału nie było. Nexusi mieli zakaz bycia przy ringu, co finalnie przełożyło się na normalne warunki do wygranej Randy’ego, który wykończył Punka efektownym RKO (przejął CM Punka w locie, gdy ten chciał wykonywać Clothsline z lin).

To, co wydarzyło się w kolejnej walce, o ile to coś można nazwać walką, było żenujące. Michael Cole vs. Lawler, czyli najgorszy pojedynek w historii WrestleManii. Popis bookerskiego odklejenia V.K.M. w najczystszej postaci. To nie miało prawa się udać, i się nie udało. Żałosne prawie 14 minut, gdzie sędzią specjalnym był Steve Austin, a ochroną Cole’a Jack Swagger. Michael zamknął się w specjalnym pomieszczenia z pleksy obok ringu, Lawler go stamtąd wyciągał, potem jakieś dziwne rzeczy w ringu i najlepsze zdarzyło się na koniec… walka się na szczęście skończyła i to był jej najlepszy moment.

Po takim horrorze zrobiło się poważnie, bo poważni zawodnicy weszli ze sobą do ringu. No Holds Barred Match pomiędzy The Undertakerem i Triple H’em był najlepszym pojedynkiem tej WrestleManii. Dwie legendy, żadnych zasad i niepełna 30 minut brutalnego mordobicia. Co WM fani wierzyli, że streak w końcu będzie miał swój kres. Tutaj próbowano rozpalić tę nadzieję i dać uwierzyć, że Hunter jest w stanie tego dokonać. Jednak ostatecznie to Taker znów wyszedł spod topora i zachował serię zwycięstw po tym, jak poddał Tryplaka za pomocą Hell’s Gate.

W co-main evencie zobaczyliśmy Mixed Tag Team Match, w którym John Morrison i Nicole Polizzi pokonali Dolpha Zigglera i Michelle McCool.

W walce wieczoru The Miz stanął w obronie tytułu WWE, a jego rywalem był John Cena. Standardowy scenariusz mógł zakładać, że Cena rozprawi się z Mizem i po raz kolejny zostanie mistrzem, ale tym razem było inaczej. Pojedynek pierwotnie zakończył się podwójnym wyliczeniem i wydawało się, że nie poznamy zwycięzcy. Jednak przypomniał o sobie The Rock, który użył mocy gospodarza WM i zrestartował walkę – ogłaszając, że nie będą obowiązywać w niej żadne zasady. Kiedy John Cena chciał wykonać Mizowi Attitude Adjustment, Rocky zaaplikował mu Rock Bottom, po którym The Miz odliczył Cenę do trzech i zachował pas WWE.

Warto dodać, że Miz w trakcie walki doznał wstrząśnienia mózgu i jak później wspomniał, niezbyt dobrze pamiętał jej końcowe chwile. Do wstrząsu doszło w momencie spotu, gdy razem z Johnem lądowali poza barykadami. Miz uderzył wtedy głową o podłogę.