Jak Drew stał się nowym Romanem, czy WWE nauczyło się na błędach?

Często mówi się, że fani sami nie wiedzą, co i kogo chcą widzieć na szczycie. Gdy już dostaną swój wymarzony scenariusz na talerzu, to nagle okazuje się, że ma on jakieś wady i jednak nie był taki perfekcyjny.

Mandy Rose o porażce na SmackDown Becky Lynch w serialu i filmie Marvela, Carmella przebrana za członków The Shield

Przykład? Becky na szczycie. Wszyscy byli raczej pozytywnie nastawieni do Irlandki, jako głównej mistrzyni kobiet w WWE i pomimo tego, że federacja nieco zepsuła sobie to story w trakcie drogi do WrestleManii, to moment zwycięstwa Lynch był satysfakcjonujący. Dostaliśmy to, na co czekaliśmy. W końcu jednak nadeszła, szara codzienność. Becky już zdobyła to, co chcieliśmy. Nie dopisaliśmy sobie w głowie kolejnego rozdziału tej historii i nie wywołamy w żaden sposób takich emocji, jak podczas największej gali w roku. W tym momencie więc, w kręgu fanów, najpierw powoli, a później z efektem kuli śnieżnej, następuje odwrót. Becky już jest nudna, już inny scenariusz będący na horyzoncie, jawi się jako ten atrakcyjny. Chcieliśmy, żeby Lynch była “THE MAN”, a nie walczyła u boku Setha Rollinsa w main evencie PPV, przeciwko Corbinowi i Evans. Ogólny wniosek jest taki: face goniący za pasem, jest dużo ciekawszy do oglądania, niż face z tytułem mistrzowskim. To prawda znana od wieków.

Czy więc jesteśmy w stanie uzyskać jakiegokolwiek dobrego, głównego mistrza federacji? Ktoś podniesie rękę, że nawet nie tak dawno temu były dobre reigny, na przykład drugi Stylesa z pasem WWE i będzie miał rację. Prawda jest jednak taka, że każdy tytuł będący na SmackDown, przy obecnym rozdaniu, jest złotem numer dwa. Spójrzmy więc na tytuł Universal, dodajmy do tego presję ze strony samego WWE, które namaszcza swojego wybrańca, do bycia twarzą federacji i zadajmy to pytanie jeszcze raz. Czy którykolwiek reign Romana Reingsa można uznać za dobry? Raczej nie. Nie piszę tego, jako człowiek Reignsa nienawidzący, nic z tych rzeczy. Żadne z jego panowań, nie zaoferowało nic ciekawego. Jest grupa ludzi, która szuka nieco na siłę pozytywów w przypadku Reingsa. To prawda, że się poprawił, w porównaniu, chociażby do sławnego 2015 i okresu WrestleManii 31. To prawda, że prywatnie jest spoko gościem, bo wszystko na to wskazuje. To również prawda, że skoro jest liderem szatni, to wcale nie jest najgorszym człowiekiem na tej planecie. Problem tkwi jednak w tym, że w programach WWE, tych, w których akcja się dzieje w ringu (pomijamy dokumenty na Networku), Reigns najbardziej ludzki, naturalny i daleki od otoczki korporacyjnego tworu, obliczonego na bycie na szczycie, objawił nam się dopiero… gdy ogłaszał, że musi odejść na jakiś czas, z powodu nawrotu białaczki.

Był taki okres, nawet nie jeden, gdy WWE z premedytacją wycofywało się nieco z Romana. Tak jakby dająć nam nieco odsapnąć, zanim wróci z pushowaniem go, z podwójną siłą. „Big Dog” miał przecież mistrzostwo Interkontynentalne czy Stanów Zjednoczonych. Takie cofanie go jednak, do mid-cardowych trofeów wydawało się po prostu sztuczne. Naturalna droga wrestlera powinna iść w drugą stronę. Ktoś sprawuje się świetnie w środku karty i dostaje szanse wyżej, w walce o najwyższe laury. Przykładów można dać minimum kilka: Punk, Edge, Ziggler czy Miz. Jasne, w drugą stronę też to działa, gdy main eventer zjedzie jedno piętro, buduje to obraz silnego rosteru. Open Challenge Ceny czy feud Ziggler-Rollins raczej wszyscy wspominamy dobrze. Jest jednak pewna różnica w zejściu Rollinsa do walk o pas IC, a właśnie Reignsa. Na tego pierwszego, nie było większych planów w tamtym momencie, niż to, co działo się teraz. Z kolei „Big Dog” już miał przyszykowaną ścieżkę do samej WrestleManii i wiedzieliśmy, że dla niego jest to tylko przystanek, aby nieco uspokoić nastroje fanów. WWE przez kilka lat nie udało się przedstawić Romana tak, żeby ludzie go po prostu kupili w pełni. To, co w końcu udało się, chociażby z Ceną. Do dziś federacji po prostu odbija się czkawką seria złych decyzji, podjętych od razu po rozpadzie The Shield. Może to było dawno temu, ale niesmak pozostał. Czy jednak da się to jakoś uratować, już w 2020? Byliśmy na dobrej drodze! Roman Reigns po absencji, spowodowanej walką z chorobą, był gotowym materiałem na to, by napisać mu świetną historię powrotu na szczyt, powrotu, który byśmy kupili, jako fani. Jednak niestety, WWE wpadło w stare tryby i chciało najpierw zestawić Reignsa z Fiendem, następnie z Goldbergiem i dobrze wiemy, że w obu przypadkach były członek The Shield, miał zgarnąć zwycięstwo. Kolejne błędne decyzje. Jeżeli ktoś więc nie lubi postaci Romana, przedstawionej w WWE TV, kompletnie się nie dziwię. Jak już napisałem wyżej, WWE dało wszystkie powody, by właśnie nie sympatyzować za bardzo z Reignsem.

Romana jednak obecnie nie ma. Ktoś jednak musiał wejść na miejsce podpisane: „face’owa twarz federacji” i akurat tam, znalazło się nieco przestrzeni dla Drew McIntyre’a. Nie łączyłbym tego, że Roman zniknął, z tym, że Drew jest teraz najważniejszym wrestlerem w WWE. Fakty są jednak takie, że Szkot może naprawdę bardzo skorzystać na tym, że Roman wycofał się nieco w cień, z powodu pandemii. Pokonał on Brocka Lesnara. Rzecz, która udawała się już wcześniej zarówno Reignsowi, jak i Rollinsowi, jednak mam wrażenie, że przy żadnym z takich face’owych zwycięstw… nie potrafiono dobrze pójść za ciosem. Aż do teraz. Krótka chwila dla wyobraźni. Zamiast Drew, z Lesnarem walczy Roman. Mamy to? Okej, to teraz Roman wygrywa tę walkę i na RAW okazuje się, że bronił mistrzostwa 30 minut po WrestleManii z BIG SHOWEM. To też mamy? Super. Strzelam, że reakcja fanów, byłaby mniej więcej taka: „znowu przedstawiają Romana, jako terminatora, już mamy tego dość, po co on niby bronił tego pasa?” Czy były jakiekolwiek głosy, o „terminatorzeniu” Drew, po tym pojedynku z Showem? Ja na żadne się nie natknąłem. Punkt widzenia więc… zależy od wrestlera, którego mamy na szczycie. Czy gdyby Roman niszczył stajnię złożoną z trzech osób, które są w miare popularne i lubiane, nie podniosłyby się głosy oburzenia? Zapewne jakieś tak. A Drew wchodzi, niszczy sam Garze, Andrade i Theory’ego i znów… dość cicho. Od razu chciałbym zaznaczyć, że decyzje z walką z Big Showem czy poradzeniem sobie w pojedynkę z ekipą Zeliny… nie jestem ich wielkim fanem. Może jednak pora się zastanowić, dlaczego jednak Drew przechodzi po tym, raczej suchą stopą? Czemu już nie pojawiły się głosy, że ten Drew nudny i terminator, drugi Roman? Mam swoje przemyślenia na ten temat.

Nowe informacje w sprawie Undertaker: The Last Ride, Drew McIntyre opowiada o wrestlingu w Indiach, Kontuzje gwiazd po NXT TV

Przyjrzyjmy się najpierw historii samego ex-Galloway’a. Debiut w głównym rosterze w 2009, w gimmicku „Chosen One”. Dość dobrze radził sobie w mid-cardzie, jednak nigdy nie wspiął się w okolice głównego tytułu. Raczej był zjazd, bo przecież McIntyre ODPADŁ W ĆWIERĆFINALE walki o tytuł NXT, gdy wygrywał go Rollins. Później nastąpiło 3MB, czyli stajnia, która obrosła legendą, jednak nie znaczyła absolutnie nic (jednak za WeeLC Match jesteśmy jej do końca naszych dni wdzięczni). Połowa 2014 i zwolnienie. Nie potoczyła się ta kariera Drew za wybitne, prawda?

Następnie powrót na brytyjską scenę niezależną. ICW i odzyskanie tam głównego mistrzostwa po siedmiu latach. Ta federacja była dla Drew domem w okresie od zwolnienia do ponownego zatrudnienia w WWE. Jednocześnie jednak Galloway nie dał o sobie zapomnieć za oceanem. Wiele osób kojarzy przecież jego występy w Impact Wrestling i również tam zgarnięcie najważniejszego złota. Do tego doszły też występy w EVOLVE czy bardzo popularnym w tamtym okresie, wśród internetowych fanów, projekcie WCPW. Cała ta aktywność Szkota, zbudowała bardzo dużą rzeszę jego fanów, która tylko się powiększała z każdym występem. Sam Drew również przeszedł sporą przemianę, przede wszystkim fizyczną, co widać gołym okiem. Galloway był idealnym przykładem wrestlera, który odszedł z największej federacji na świecie i postanowił się nieco przedefiniować, nie odcinał kuponów od dawnej sławy, a po prostu pracował trzy razy więcej, aby do WWE wrócić.

30.04.2017r. Gala WCPW Pro Wrestling World Cup – Mexican Qualifying Round. Drew Galloway walczy w ostatnim pojedynku przed powrotem do WWE, z samym Cody’m. Człowiekiem, który wykonał niesamowitą robotę już po odejściu z WWE, jednak nie po to, by do niego wrócić jak Drew, a po to, by robić rzeczy na własnych warunkach. Po walce Drew obiecuje, że będzie pierwszym w historii brytyjskim mistrzem świata WWE. Cały ten rozbrat Drew z WWE, który trwał prawie trzy lata, to niesamowity rozdział jego historii, wzlotów, upadków i wyciągania wniosków. Historii, która gra na jego korzyść i korzyść jego postaci.

W przypadku Romana, do którego na chwilkę teraz wracamy, coś takiego… nie istnieje. Jesteśmy dużo łatwiej w stanie odróżnić jego, od jego postaci. Roman nie musiał walczyć na naszych oczach, o każdy skrawek tego, co otrzymał. Nie odbieram mu poświęcenia, którego musiał dokonać w trakcie swojej kariery, ale nie działo się to… przy nas. Podczas gdy z historią Drew jesteśmy w stanie się zapoznać, byliśmy świadkami jego powrotu i swego rodzaju odkupienia. Roman? Z trójki The Shield, po rozpadzie stajni miał najłatwiej, był nomen omen, „The Chosen One”. Drew ma więc absolutnie wszystko, czego brakuje postaci Reignsa. W dodatku wyglądem, w kwestii promocji produktu i prezencji, nie odstępuje na krok Romanowi.

Drew-McIntyre-Money-in-the-Bank-Raw-645x370

Dodatkowym atutem Drew, jest fakt, że we wszystkim, co mówi i robi, jest naturalny. Pochylmy się tylko nad samymi promami. Drew ostatnio mówił, że w tym momencie ma w zasadzie dowolność za mikrofonem, a jego proma są tylko kreślone tak, by było wiadomo, w którym kierunku ma pójść. Tego się naprawdę dobrze słucha i wierzysz temu człowiekowi w każde słowo. Podczas, gdy kilka lat temu przy Romanie, mieliśmy takie kwiatki jak: „You are a sniveling little suck up sellout full of sufferin’ succotash”. Najlepsze promo Romana? Gdy skorzystał z okazji, wypadł naturalnie i po prostu odbił pięcioma słowami buczenie, które trwało przez 20 minut: „This is my yard now”. Tylko tyle. Robienie na siłę kogoś cool, nigdy nie zadziała, wychodzi to po prostu sztucznie. Wracając do Drew, najbardziej sztuczną rzeczą, jaką robi obecnie, jest odliczanie przed finisherem, a i ten motyw wydaje się, że bardzo przyjął się wśród fanów. Więc tak, Drew McIntyre obecnie zajął miejsce Romana Reignsa. Zajął je jako mistrz, jako twarz federacji, jako najmocniej przedstawiany face w federacji, umiejący sobie poradzić nawet z trzema rywalami. Bagaż Drew, który ze sobą ciągnie, ma jednak wewnątrz same pozytywy, podczas gdy za „Big Dogiem” ciągnie się jednak fiasko jego promowania, kilka lat temu. Dlatego właśnie Drew pewne rzeczy wciąż uchodzą na sucho. Rzeczy, które zostałyby od razu odebrane negatywnie, gdybyśmy podmienili Drew na Romana.

Podczas WrestleManii 36, Drew McIntyre pokonał Brocka Lesnara zdobywając WWE Title. Mistrz wystąpił w podcaście prowadzonym przez Lilian Garcię.

Jak długo jednak jeszcze, możemy trwać w takiej sytuacji? Czy w pewnym momencie ludzie się zorientują, że jednak nie chcą czegoś takiego oglądać? Czy ludzie odwrócą się od Drew jak od Rollinsa? Szczerze mówiąc, jest to możliwe. Wszystko leży po stronie WWE, ponieważ jeżeli będą oni przesadzać z rzucaniem kłód pod nogi McIntyre’owi, to w końcu zaczniemy go odrzucać, jako „naszego” głównego mistrza. Jeżeli jednak zachowamy pewien balans, to może to być długi, dobry face’owy reign z głównym tytułem. Reign, który wyniknął naturalnie (słowo klucz) i będziemy go długo jeszcze wspominać, nawet za kilka lat. Aż szkoda, że nie jest to panowanie z pasem Universal, ponieważ Drew, by go w ten sposób odczarował, ale może o tym niebieskim złocie, rozpiszę się innym razem.

Na dziś wniosek jest taki: Drew jest lepszym main eventerem, niż Roman, ponieważ nie ustępuje Reignsowi w tych kategoriach, w których Reigns wypada dobrze… a we wszystkich innych, po prostu go niszczy. Chce zobaczyć na moim ekranie, po powrocie mieszankę Joe i Romana. Mieszankę, której nigdy nie otrzymałem, a widzę ją, gdy na galach pojawia się Drew McIntyre. Tylko tyle i aż tyle.

– ShowOff