Felieton o Stingu w AEW – Dlaczego to coś innego niż Goldberg w WWE?

W dniu wczorajszym udostępniłem na grupie MyWrestling: Community materiał video z ostatniego Dynamite na którym Sting przyjął Powerbomb od Briana Cage’a. Tak, człowiek który w marcu tego roku skończy 62 lata przyjął Powerbomb. Wielu było pod wrażeniem, ale wielu było też lekko zniesmaczonych. Duże grono osób nie widzi już Stinga jako aktywnego wrestlera, a jego debiut w AEW odbiera jako zabieranie czasu młodszym. Niektórzy zaznaczają też, że fani wrestlingu krytykują WWE za Goldberga, jednak cieszą się na widok Stinga w All Elite Wrestling, co może pachnąć hipokryzją. Podobny komentarz pojawił się na grupie, a ja postanowiłem na niego odpowiedzieć, nie chcąc się jednak wdawać w żadną większą dyskusję lub tym bardziej kłótnię. Zależało mi po prostu na przedstawieniu swojego punktu widzenia. Gdy skończyłem pisać, zorientowałem się, że wyszło mi ponad 500 słów i że w sumie jest to ciekawy temat na felieton. Poniżej więc możecie przeczytać moją odpowiedź będącą zarazem tekstem dzisiejszego artykułu. Here we go.


Sting to jedna z największych gwiazd wrestlingu w historii i legenda stacji TNT. To właśnie dzięki WCW Monday Nitro, stał się popularny na całym świecie. Można powiedzieć, że TNT to jego dom, do którego wrócił po blisko 20 latach.

Osobiście bardzo lubię klimaty WCW. Często w przeszłości odpalałem sobie odcinki Nitro lub gale PPV. Zafascynowało mnie Monday Night Wars, którym kiedyś poświęciłem serię artykułów. Naturalnie, mam też sentyment do Stinga. Zawsze będzie mi się kojarzył z WCW i TNT. A z racji tego, że samo AEW w niektórych aspektach przypomina mi WCW, tym bardziej cieszę się jego powrotem. Oczywiście cały czas mówię za siebie. Wiem, że inni mogą mieć na ten temat zupełnie inne zdanie.

Ale skupiając się na części bookingu… Póki co, nie widzę w tym nic złego. Po porażce jaką był pobyt w WWE, bardzo dobrze się stało, że ktoś dał Stingowi jeszcze jedną szansę na pokazanie się. Bo serio, przez ostatnie lata, Sting cały czas był związany kontraktem z WWE, gdzie w ogóle nie był wykorzystywany. Od czasu walki z Sethem Rollinsem w 2015 roku, WWE nie skorzystało już więcej z „Ikony”. Wyjątkiem było wprowadzenie go do Hall of Fame w 2016. A przecież okazji było dużo – chociażby jednorazowe powroty na tygodniówkach typu RAW Reunion.

Pobyt Stinga w WWE był niewypałem i uważam, że osobą, która przyczyniła się do tego w największym stopniu był Vince McMahon. Dwie duże walki – dwie przegrane (w tym w debiucie). Potencjał wszystkiego co związane ze Stingiem – niewykorzystany do końca. Potem kontuzja (do czego przyczynił się Rollins) i koniec. A dlaczego tak to wyglądało? Można się tylko domyślać. Moje domysły podpowiadają mi, że McMahon potraktował tak Stinga tylko dlatego, że ten konsekwentnie przez lata odrzucał oferty WWE i był gwiazdą w dwóch konkurencyjnych federacjach. Ale mniejsza o to, skupmy się na AEW.

Czy Sting zabiera czas młodym zdolnym? Nie sądzę. Przecież on ich nawet promuje. No bo z kim Sting ma teraz feud? Z ekipą Taza, do której należą Brian Cage, Ricky Starks, Powerhouse Hobbs i Hook. Kto w tym feudzie wspiera Stinga? Darby Allin. Wnioski? Proszę wysunąć samemu 😉

Naprawdę, uważam, że póki AEW nie wymyśli czegoś głupiego, to w niczym takie wykorzystywanie Stinga nie przeszkadza. To zupełnie inna historia jak z Goldbergiem, który od czasu powrotu do WWE, zdążył już dwukrotnie wejść w posiadanie głównego tytułu (a niedawno walczył o kolejny). Jasne, jeśli AEW strzeli coś do głowy i umieszczą Stinga w walce o pas to również uznam to za bezsens. Ale szczerze, nie sądzę by miało do takiego absurdu dojść.

Wszystko co robi AEW to danie Stingowi drugiej szansy na godne zakończenie kariery. Gdy na ostatnim Dynamite przyjął powerbomba, był to dla mnie piękny moment i znak, że z jego zdrowiem jest wszystko w porządku. Traktuję te sytuacje podobnie jak powroty Edge’a, Christiana czy Daniela Bryana. Oni wszyscy mieli już nigdy nie wracać na ring, a jednak udało im się wyleczyć poważne kontuzje.

Sting również już nigdy więcej miał nie wracać, a wrócił. Wrócił tam, gdzie stał się Stingiem jakiego wszyscy znamy i gdzie może udowodnić, że stać go na coś więcej niż siedzenie w domu. Ja się z tego powodu cieszę, choć pewnie jest cała masa osób, która jest innego zdania. Rozumiem to.

Na koniec chciałbym też uspokoić tych wszystkich, którzy martwią się o zdrowie Stinga. Fakt faktem, ma 61 lat, ale jak widać jest w tak dobrej dyspozycji, że może przyjmować Powerbomb. Spójrzcie na The Rock ‘n’ Roll Express. Panowie również są już po 60-tce, a w zeszłym roku wystąpili w 16 walkach. Mało tego, 64-letni Ricky Morton wciąż wykonuje takie akcje jak Suicide Dive, czy Canadian Destroyer. Można? Można.