Recenzja z Tygrysicem: Raw 13/02/17

 

Wydawać się może powszechną opinią, że w walce pomiędzy Raw a SmackDown, to niebieska gala święci ostatnimi miesiącami tryumfy. Mick Foley i Stephanie McMahon muszą wziąć się w garść i wymyślić, jak nadgonić Braya Wyatta i spółkę.

Roman Reigns (w -> dis.) vs. The Club [2-on-1 handicap match] +promo

Znowu przychodzi mi na samym początku recenzji błagać scenarzystów o opamiętanie się. Promo już nawet chyba pominę. To tylko kolejna próba przedstawienia Stephanie McMahon, jako tej, która bezwzględnie tu rządzi i Romana Reignsa, jako tego, który ma na to wszystko wywalone, bo to on tu jest “The Big Dog”.

Nie to jednak jest najgorsze. Wynikiem całego segmentu, do którego dołączył się The Club było zorganizowanie handicapowego meczu pomiędzy “łysymi z Japonii” a facetem, który mówi o sobie “The Guy”. Od początku czułem, że to nie skończy się dobrze. Miałem rację. Reigns skutecznie odpierał ataki Gallowsa i Andersona, samemu częstując tag team swoimi klasycznymi ruchami. A potem wygrał. Przez dyskwalifikację. The Club nie chciał przestać go lać we dwójkę w tył głowy… W ten sposób nie dość, że próbujemy z Romana uczynić uciemiężonego superbohatera, to jeszcze ośmieszamy RAW Tag Team Champions. Dlaczego nie można było tego segmentu wykonać z jakimś innym duetem heeli? Tego się nie dowiemy nigdy.

Jack Gallagher (w) vs. Noam Dar [Singles match] + promo 

Czy da się nie lubić Jacka Gallaghera? Jest jakiś sposób? Charyzma, technika i zawadiacki wąs czynią z niego mojego ulubionego członka 205 i cieszy mnie, że to właśnie on zmierzy się z Nevillem na Fastlane. Ich spotkanie twarzą w twarz przed walką miłośnika parasolek z The Scottish Supernovą było krótkie, ale treściwe. Dwóch Brytyjczyków, jedna parasolka i William III. Czy IV? Jeśli wrestler sprawia, że obchodzi mnie imię jakiegoś przedmiotu, to wiem, że odwala kawał dobrej roboty.

Sama walka zaś po raz kolejny pokazała umiejętności młodego Anglika. Jego przeciwnik – Noam Dar świetni radzi sobie jako zbyt pewny siebie heel, a nawet jest w stanie w jakimś stopniu utrzymać zainteresowanie jego relacją z Alicią FOOOOOOOX. Porażka Szkockiej Supernowie niewiele szkodzi, więc jedyne z czym pozostajemy, to większym prestiżem walki cruseirweightów na następnym PPV. Jedynce co mnie martwi, to zbyt częste używanie tych samych ruchów przez Jacka. Wszystko to jest efektowne, ale widownia niedługo straci zainteresowanie.

Debiut Emmaliny

Bądźmy szczerzy. Nie podejrzewaliśmy, że wydarzy się to za naszego życia. A jednak. Po 17 tygodniach Emma przeszła metamorfozę w Emmalinę. Wyszła na scenę, pouśmiechała się, wspomniała ile tygodni na to czekano… a potem dodała, że teraz poczekamy na przemianę w Emmę.

Nie mam pojęcia co o tym myśleć. Albo to jedno z najgorszych zagrań w historii WWE, albo to jedna z najlepszych form budowy heela od lat. Wszystko okaże się z czasem. Na razie pozostawiam sobie kredyt delikatnego zaufania

Bo Dallas vs. Kofi Kingston (w) [Singles match] + promo

Naprawdę nie rozumiem, czemu tak gwałtownie zahamowano rozwój Bo Dallasa. We wszystkich walkach (a było ich niewiele), w których ostatnimi czasy się pojawiał, prezentował bardzo wysoką jakość stylu połączoną z najzwyklejszą w świecie, acz zwykle efektowną, agresją. Może i jego gimmick nie należy do najlepszych, ale WWE nie z takiej padaki wyciągał coś interesującego. W każdym razie… Bo zmierzył się z Kofim Kingstonem, który wyszedł na ring w akompaniamencie swoich kolegów z New Day. Wzięli oni ze sobą projekt produkcji ich nowej marki lodów. Skoro są płatki śniadaniowe, to czemu nie coś zimnego na deser. Dallasowi w trakcie walki udało się wyrwać te plany i jak przystało na porządnego heela porwać je na oczach wszystkich zebranych, ku rozpaczy byłych Tag Team Champions. Mecz potrwał jeszcze parę chwili i Bo musiał opuścić ring pokonanym. Z jednej strony chciałbym, żeby Dallas powygrywał parę walk, z drugiej zaś, ta potyczka przypomniała widowni o jednym z braci Rotunda nie krzywdząc specjalnie ani jego (przegrał z wielokrotnym czempionem z dwójką kolegów gotowych do pomocy) ani The New Day (no….wygrali). Całkiem niezła robota.

Braun Strowman (w) vs. Mark Henry [Singles match]

Widać, że Braun ciągle się rozwija. Jego moveset powoli się powiększa, a w ringu porusza się coraz płynniej. Mark jako Najsilniejszy Człowiek Świata był naprawdę dobrym przeciwnikiem dla Strowmana. Henry’ego w WWE już nic wielkiego nie czeka i dobrze, że wykorzystano go do promocji świeżego, młodego talentu. Braun wygrał pewnie i zdecydowanie. Szybko, miło i porządnie.

No a potem przyszedł Roman Reigns. Bo on zawsze musi wszędzie przychodzić. Zaskakująco jednak jego atak na Strowmana zakończył się niepowodzeniem. To były członek Wyattów wyłączył mu światło a nie odwrotnie. Odważny ruch RAW. Nareszcie.

Theodore Long nowym członkiem Hall of Fame + wywiad z Samoa Joe

O nowym partycypancie klasy 2017 Hall of Fame nie mam zamiaru się rozpisywać, bo mogliście już przeczytać o tym newsa na naszej stronie. Po prostu dobrze, że Teddy znajdzie dla siebie miejsce w tym panteonie sław.

Swoją klasę w kolejnym z segmentów nie będących walką pokazał Samoa Joe. Jego wszelkie umiejętności wrestlingowe stoją na najwyższym poziomie i potwierdził to wywiad przeprowadzony przez Michaela Cola. The Destroyer wypowiadał się w nim o koneksjach z Triple H i jego miejscem w WWE z pasją, powagą i grozą jakiej od dawna nie widzieliśmy. Warto też zwrócić uwagę na pracę scenarzystów i delikatne rozpoczęcie feudu z rudym Samim słowami “Nie jestem jedynie przebłyskiem. Nie jestem jakimś Samim Zaynem, który po prostu jest szczęśliwy, że znalazł się na RAW”.

Rusev vs. Sami Zayn (w) [Singles match]

Co tu dużo mówić, Rusev i Zayn są jednymi z najlepszych wrestlerów z WWE. Cieszę się, że do ich walki doszło, ale szkoda mi, że była ona o żadną stawkę zarówno wrestlingowo, jak i scenariuszowo. Sami pokonał Bułgara niespodziewanym Hellluva Kickiem. Zrzućmy więc porażkę monstrum jakim zwykle był Rusev, na ten właśnie element niespodzianki i utrudniającą pracę maskę. Nie chce dopuścić do głowy możliwości, że The Bulgarian Brute stanie się jobberem.

Po meczu rozemocjonowany Zayn zaczął udzielać wywiadu na scenie, odpowiadając na słowa Samoa Joe, kiedy ten podstępnie go zaatakował, rzucił o panele wyświetlające i wykończył duszeniem jak Setha Rollinsa. Z jednej strony świetnie, że znaleziono dla The Destroyera sensownego fabularnie przeciwnika, z drugiej wolałbym zobaczyć go walczącego z kimś nie z NXT.

Akira Tozawa (w) vs. Ariya Daivari [Singles match]

Naprawdę niezły mecz crusierweightów głównie dzięki Akirze Tozawie, który jako jeden z niewielu wrestlerów tej dywizji jest wykrzesać z widowni jakiekolwiek emocje. Tym bardziej godne podziwu jest to, że robi to w trakcie walki, bez używania uprzednich przemów i promosów. Plusem jest równiez komentarz Briana Kendricka uznającego się za mentora Japończyka. Wiadomym jest, że skończy się to feudem i nie moge się doczekać ich wspólnej walki na jakiejś większej gali.

Cesaro (w) vs. Enzo Amore [Singles match]

Muszę przyznać, że nie do końca rozumiem po co była ta cała walka. Sprawiamy, że Enzo Amore wygląda na jeszcze słabszego? Sprawiamy, że Cesaro wygląda na mocniejszego, pokonując faceta, który nie jest w stanie wygrać czegokolwiek w singlowych meczach? Trochę strata czasu, a do tego taka, która najprawdopodobniej prowadzi do kolejnej niezbyt pasojnującej walki (Sheamus vs. Big Cass, w którym najpewniej wygra Cass żeby się wyrównało). No trudno, muszą jakoś zapełnić ten slot czasowy.

Festival of Friendship 

A więc to koniec. Jego preludium było wspaniałe. Nawiązujące do blichtru Las Vegas wejście Jericho. Prezenty dla Owensa w postaci rzeźby duńskiego artysty i reimaginacji znanego obrazu na taką, która w pełni uchwyci istotę przyjaźni dwóch Kanadyjczyków. Występ beznadziejnego magika. Piękne przemówienie zapatrzonego w Kevina Chrisa, w którym namiętnie powtarzało się, że Owens dotarł tam gdzie jest dlatego, bo Jericho zawsze osłaniał mu plecy. Napięcie było zręcznie budowane w głównej mierze przez miny i reakcje Kevina. I wtedy przyszedł czas na prezent od Owensa. Nowa lista. Ale nie “lista Jericho” tylko “lista KO”. Z imieniem Chrisa na szczycie.

Universal Champion zmasakrował swojego byłego najlepszego przyjaciela m.in. powerbombując go na krawędź ringu i rozbijając jego głową telewizor. Pokonany i zdezorientowany United States Champion zrozumiał, tak jak kiedyś Sami Zayn, że jedyne co liczy się dla Kevina Owensa to jego tytuł i prestiż. To smutny dzień. Ale wiedzieliśmy, że przyjdzie i zobaczmy co przyniesie. Pamiętajmy o nim [*].

Bayley (w) vs. Charlotte [Singles match o WWE RAW Women’s Championship]

Ale nie kończmy wszystkiego na smutnej nucie. Mamy nową mistrzynię. I to tak pozytywną jak tylko można sobie wyobrazić (dla wielu zdecydowanie za bardzo). Bayley i Charlotte zafundowały nam naprawdę niezłe widowisko, w którego finale wzięły udział również Dana Brooke (miałem wielką nadzieję, że już jej więcej nie zobaczę), która wbiła The Huggable One pazury w oczy oraz Sasha Banks, która zakończyła całe widowisko nokautując swoją kulą popleczniczkę Charlotte, a następnie uderzając w gardło mistrzyni wygiętej w Figure Eight, gdy sędzia nie patrzył. Cieszę się, że Bayley dostała swoją szansę. Niestety obawiam się, że może ona skończyć jako Sasha Banks 2.0 i jej panowanie skończy się bardzo szybciutko. Na najbliższym PPV. Bo to Charlotte.

OCENA: 7+/10

No cóż, trzeba przyznać, że RAW zdecydowanie ruszyło z kopyto i SmackDown będzie się musiał bardzo postarać, żeby pokonać swojego rywala w tym tygodniu. Tak trzymać. Koniec uścisków przyjaźni Jericho i Owensa oraz początek panowania przytulającej Bayley.