Gdybanie owszem nie ma sensu, ale niekiedy chodzi niejednemu z nas po głowie taka myśl, kim byłby taki Brock Lesnar bez Paul’a Heyman’a u swego boku? Nie jest wcale powiedziane, że byłby tą samą gwiazdą i legendą, jaką dziś go nazywamy, choć jest atletą najwyższego kalibru. Być może by to wystarczyło, bo sportowiec z niego wyjątkowy, ale mam wrażenie, że czegoś by mu mogło jednak brakować. To Heyman uzupełniał postać Lesnar’a, to on był, jego głosem na mikrofonie dodając wrestlerowi autentyczności w byciu prawdziwym twardzielem, z którym trzeba się liczyć. Widziałeś Brock’a i wiedziałeś, że lepiej z nim nie zadzierać, słyszałeś Heyman’a i zdawałeś sobie sprawę z tego, że nie ma co wchodzić im w drogę. Lesnar nie był w stanie wówczas sam się obronić z mikrofonem w ręku, był żółtodziobem, któremu trzeba było dodać odpowiedniego sznytu i to była rola dla Paul’a. Tak właśnie było, gdy debiutował Lesnar, tak było również, gdy wracał, (może poza ostatnim comeback’iem) i to ze swoim adwokatem diabła u boku, pokonywał Undertaker’a na Wrestlemanii, przerywając jego passę zwycięstw.
NIE TA PARA KALOSZY
Nawet najlepszym zdarzają się wpadki i tak należy ocenić niestety współpracę Heyman-Curtis Axel. Syn legendarnego Curt’a Hennig’a, znanego głównie jako Mr.Perfect, nie był odpowiednim wyborem. Trudno odmówić Curtis’owi potencjału, zdobył nawet pas interkontynentalny, lecz push trwał bardzo krótko i równie szybko się skończył, jak zaczął. Nie wszystko da się, zamienić w złoto i tu mieliśmy taki właśnie przypadek, a Curtis Axel drastycznie spadł, z dopiero co szykowanego piedestału. Heyman charakteryzuje się tym, że ma nosa do tych najlepszych i wie, kto pachnie świetnością, charyzmą, umiejętnościami w ringu, ale tu się pomylił. Zabrakło chyba tego high level w ringu i trochę może prezencji. Drugim przypadkiem, był jakże kochany przez fanów Cesaro, którego sam uwielbiałem, bo w kwadratowym pierścieniu naprawdę dawał show i za same jego skill’e, domagano się, by WWE dało mu push. Ogromną radością było, zobaczyć Paul’a Heyman’a u jego boku, lecz i ta kooperacja nie należała do długotrwałych. Cesaro nie odniósł w federacji jakichś znaczących sukcesów, bo nie do końca w niego wierzono i miał istotne wady, takie jak brak osobowości, promo było bardzo słabe i do Heyman’a w moim odczuciu nie pasował.
PRZYJACIEL
Po wydarzeniach na Wrestlemanii 41 kilka dni temu należałoby, pewnie zmienić słowo przyjaciel na wróg, ale to tak na marginesie, bo mowa o Cm Punk’u. Jeszcze nim doszło do ich współpracy, Cm Punk już był posiadaczem pasa mistrza WWE, który zdobył, gdy pokonał John’a Cen’ę. Fan życia bez używek z Heyman’em w sojuszu, stał się topową postacią w WWE, broniąc swojego pasa skutecznie przez rok. Heyman i Punk darzyli się wielkim respektem, na którym oparta była ich relacja zawodnik-manager. Czy Punk potrzebował kogoś takiego? I tak i nie, bo mówić do mikrofonu potrafi sam równie dobrze jak nasz bohater, ale z drugiej strony dopiero stawał się jedną z głównych postaci w federacji, a Heyman podnosił jego prestiż.
TRIBAL CHIEF
Jak bumerang powraca pytanie z początku tego artykułu, bo kim byłby Roman Reigns dziś, gdyby nie Paul? Niekoniecznie kozakiem, jakiego widzimy w nim teraz, bo doskonale pamiętamy chłoptasia, jakim był za czasów The Shield i podczas swoich solowych początków. Wymuskany koleś, stworzony na potrzeby zdjęcia do plakatu w miejsce John’a Ceny. Zupełnie inny człowiek powrócił po przerwie do federacji i w błyskawicznym tempie sięgnął po pas Universal Champion. Bezwzględny, męski, dominujący przywódca The Bloodline, który stał się głową rodziny. Nie byłoby to wszystko możliwe, gdyby nie Paul Heyman, który miał swój udział w tworzeniu postaci, jaką dziś znamy jako Original Tribal Chief. To Heyman pomagał tworzyć storyline The Bloodline, swoją niesamowitą mimiką, grą aktorską, drobnymi gestami dodawał
powagi i renomy Roman’owi. Każde spojrzenie, uśmiech, przerażenie, to wszystko miało swój cel, by sprzedać jak najlepiej postać i wywindować Reigns’a do miana współczesnego Boga. Ze swojej roli wywiązał się wzorowo i nikt nie śmie obecnie źle spojrzeć na Roman’a i powiedzieć, że jest słaby i przereklamowany
ZDRAJCA
Wrestlemania 41 kilka dni temu, była popisem właśnie Paul’a, który stał się głównym bohaterem walki Main Event pierwszego wieczoru wspomnianej imprezy. Z pewnością znaleźli się tacy, którzy czuli pismo nosem i spodziewali się, że Heyman, będzie kluczowy dla losów potyczki. Motywem przewodnim było pytanie, za kim opowie się w trakcie walki Paul Heyman. Czy będzsie to Cm Punk, czy może Roman Reigns i wydawało się, że to tyle. Jak pokazała rzeczywistość, jeden i drugi zapaśnik stał się ofiarą intrygi Paul’a, który wziął stronę Seth’a Rollins’a i pomógł mu wygrać walkę. Na drugi dzień podczas gali Monday Night Raw Heyman i Rollins zawiązali sojusz i do duetu dołączył jeszcze jakże perspektywiczny Bron Breakker. Można przypuszczać, że mamy do czynienia, z tworzeniem się nowej stajni Heyman’a i niebawem przekonamy się, kto jeszcze w tej ekipie się znajdzie. Kibice kochają Heyman’a, powtarzają jego firmowe powiedzonka, a ten jest jak pieczątka wiarygodności dla każdego, kto jest częścią jego uniwersum. Mistrz potyczek słownych, storytelling’u, dodający dramaturgii i znaczenia każdej walce, w której ma swój udział. Ilu jeszcze zawodników doszlifuje i
przedstawi światu w pełnej krasie? Prawdziwy geniusz i aż strach pomyśleć, co będzie, gdy kiedyś go zabraknie.