Kolejna odsłona naszej drogi do WrestleManii 42 zabiera nas do Europy, a konkretnie do Szkocji. Piątym bohaterem serii jest „Scottish Warrior”, czyli Drew McIntyre. Zawodnik ten przeszedł w ostatnich kilkunastu miesiącach niesamowitą drogę, podczas której pokazał ogromną jakość.
Według mnie Drew był w tym roku mocno niedoceniany, śmiało mógł wejść na największą galę roku z pasem mistrzowskim na biodrach. Nawet bez niego starcie z Jacobem Fatu zapowiada się rewelacyjnie. Przyjrzymy się zatem, jak Drew przepracował okres między dwiema WrestleManiami.
Sojusz z rozsądku w drodze do celu
Zanim o złocie, przejdźmy do tego, od czego to się zaczęło. Na ubiegłorocznej WrestleManii Drew wygrał po solidnej walce z Priestem. Dla wielu ta walka była „zapychaczem”, panowie jednak dali z siebie naprawdę sporo i oglądało się to całkiem dobrze. Później dostaliśmy obrazek Drew, który kręcił się wokół midcardowego mistrzostwa Stanów Zjednoczonych. Chociaż sam zawodnik miał pewnie większe ambicje, to finalnie po otrzymaniu walki o pas nie sprostał wyzwaniu. Jacob Fatu okazał się dla niego rywalem, którego na tamten moment nie był w stanie pokonać.
Później podczas WarGames dostaliśmy jednorazową współpracę Drew z The Vision. Wtedy też miał okazję stanąć ponownie naprzeciw CM Punka, z którym toczył morderczy program rok wcześniej. Finalnie to drużyna posiłkowana przez Drew wygrała i zdobyła niezwykle cenny skalp.
Wielomiesięczna wojna o złoto i gorzki finał
Mimo rzucanych mu pod nogi kłód, ostatnim wielkim aktem McIntyre’a w tym roku było dopięcie swego. Warto tutaj głośno podkreślić, że jego feud z Codym Rhodesem toczył się naprawdę długo. Panowie stoczyli masę pojedynków na przestrzeni ostatniego roku. Każdy z nich był inny, ale równie świetny, jeśli chodzi o storytelling i ringskill. Śmiało możemy powiedzieć, że panowie toczyli ze sobą wielomiesięczną wojnę, która całkowicie zdominowała programy toczone na SmackDown.
Drew wypruwał sobie żyły, aż w końcu udało mu się wyszarpać tytuł mistrzowski z rąk „American Nightmare’a”. Niestety jego radość nie trwała długo. Booking WWE znów dał o sobie znać i Szkot błyskawicznie stracił pas z powrotem na rzecz Rhodesa. Uważam, że to ogromny błąd oficjeli i potworne niedocenienie jego gigantycznej pracy przez te wszystkie miesiące. McIntyre w stu procentach zasłużył na to, aby dumnie wejść na arenę w Las Vegas z tytułem. Zamiast się poddać, przekuł jednak tę niesprawiedliwą porażkę w jeszcze większą wściekłość, a na jego celowniku pojawił się Jacob Fatu.
Samoan Werewolf wkracza do gry
Bardzo ważnym punktem tego roku dla Drew okazał się nie kto inny, tylko Jacob Fatu. Samoański wojownik, z którym Drew przegrał walkę o mistrzostwo Stanów Zjednoczonych. „Samoan Werewolf” bardzo mocno zaangażował się w rywalizację Cody’ego i Drew. Zamiast stać z boku, siewca chaosu skutecznie krzyżował plany obu zawodnikom, wpadając do ringu i demolując wszystko na swojej drodze. McIntyre musiał walczyć na dwa fronty: o upragnione mistrzostwo i o przetrwanie ataków ze strony dzikiego Fatu. Finalnie je przetrwał, jednak jak wspominałem wcześniej, po utracie tytułu postanowił skupić się na rywalizacji z Fatu. Zderzenie McIntyre’a i Fatu gwarantuje nam absolutne trzęsienie ziemi. To nie będzie techniczny pojedynek pełen finezyjnych dźwigni, a mordercza wojna dwóch tytanów. Z jednej strony mamy żądnego krwi „Samoan Werewolfa”, a z drugiej wściekłego „Scottish Warriora”, który chce udowodnić całemu światu swoją gigantyczną wartość po szybkiej utracie mistrzostwa.
Podsumowując, Drew McIntyre w tym roku zdecydowanie zasłużył na znacznie lepsze traktowanie przez zarząd. Mimo że nie zobaczymy go w walce o główny tytuł, jego obecny feud to rzecz, którą ogląda się bardzo dobrze. Chociaż nagroda za to, że Drew przez wiele miesięcy był czołowym heelem federacji, jest nikła, to jego starcie na WrestleManii na pewno „dowiezie”.

