Czas na czwartego bohatera naszej serii. Tym razem na tapet trafia prawdziwa ikona, „The Viper”, Randy Orton. Droga, jaką przebył między ubiegłoroczną WrestleManią 41 a zbliżającą się wielkimi krokami galą w Las Vegas, to prawdziwy rollercoaster.
Randy zaczynał od tego, że był raczej postacią face’ową, a teraz widzimy jego zupełnie inne oblicze. Jak do tego doszło? Gdy na poprzedniej WrestleManii Orton mierzył się z Joe Hendrym, który był na fali popularności, wielu fanów miało nadzieję na to, że w końcu zobaczymy „tego złego” Ortona. Tak się jednak nie stało. Randy dalej nie pokazywał się ze strony „Legend Killera”, za którego większość osób go pokochała. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jego postać była strasznie nudna i przewidywalna.
Od Joe Hendry’ego do narastającej frustracji
Jak już wspomniałem, cała ta historia zaczęła się podczas WrestleManii. Walka ta była bardziej szansą dla Joe na to, aby zadebiutować na największej ze scen, niż wyróżnieniem dla Randala. Na Backlash dostaliśmy starcie z jego wieloletnim rywalem, Johnem Ceną. To kolejny moment, w którym ludzie mieli nadzieję na turn Ortona, i kolejny moment, gdy zostało to w sferze naszych marzeń. Wielu fanów, w tym ja, odnosiło wrażenie, że Randy wręcz dusi się w skórze bycia tym dobrym. Walka z Ceną była ikoniczna, panowie mieli za sobą kawał historii, jednak oficjele nadal nie decydowali się na zmianę charakteru postaci Ortona.
Turniej King of The Ring i kolejne rozczarowania
Kolejny ważny przystanek to turniej o miano „Króla Ringu”. Kolejna szansa i kolejne rozczarowanie: tym razem ponownie Orton był już o krok, jednak w finałowym pojedynku musiał uznać wyższość Cody’ego Rhodesa. Schemat zdawał się powtarzać cały czas. Po drodze mieliśmy krótką rywalizację z Drew, występ na SummerSlam, gdzie partnerem Randala był celebryta. Na dodatek dochodziły kolejne porażki w najważniejszych walkach.
Moment zwrotny
Niepowodzenia i narastająca frustracja sprawiły, że cierpliwość weterana się wyczerpała. „Viper” zdawał się rozumieć, że grając czysto, jego szanse na sukces drastycznie spadają. W poprzednich tygodniach miał wiele momentów, w których zdawało się, że ten bezpiecznik w końcu przeskoczy. Randy nadal jednak nie decydował się na ostateczny krok. Gdy na kilka dni przed Elimination Chamber przegrał walkę z Blackiem, niewiele osób wierzyło w to, że to właśnie on wyjdzie z tarczą z pojedynku w komorze eliminacji. Orton jednak zaskoczył wszystkich i po wyborze CM Punka przez zwycięzcę Royal Rumble wiadomo było jedno: Randall ponownie zmierzy się ze swoim byłym podopiecznym, Codym Rhodesem.
Powrót Apex Predatora
Wszyscy czuliśmy, że uśmiechnięty Orton to postać nienaturalna, ale skala jego przemiany zszokowała cały wrestlingowy świat. Jego heel turn okazał się niezwykle brutalny i bezkompromisowy. Punktem kulminacyjnym był moment, w którym miało dojść do podpisania kontraktu na walkę na WrestleManii. Cody Rhodes był pewny, że będzie to dżentelmeńskie spotkanie. W tym momencie „Żmija” postanowiła się przebudzić. „Viper” w bardzo brutalny sposób zaatakował swojego oponenta, z którym już wkrótce zmierzy się o tytuł na najważniejszej ze scen. Pomimo tego, że Randy jest teraz niezwykle brutalny, to fani, zmęczeni postacią Cody’ego z pasem, zdają się go wspierać jeszcze mocniej niż wcześniej. „Legend Killer” to zdecydowanie to, na co wszyscy czekaliśmy, jedyne co mnie martwi, to czas na podbudowę tego konfliktu.
Zmarnowany potencjał i brak czasu
Tutaj jednak pojawia się mój największy zarzut do obecnego bookingu. Uważam, że ten program dostał zdecydowanie za mało czasu. Powód jest niestety bardzo prosty: ponowna konieczność wciśnięcia pasa w ręce Cody’ego, o czym pisałem w poprzednim tekście. Ten feud miał wręcz gigantyczny potencjał, zwłaszcza biorąc pod uwagę bogatą przeszłość obu zawodników jeszcze z czasów Legacy, kiedy to Orton był mentorem Rhodesa. Niestety przez ciągłe rotacje tytułem historia ta jest mocno ograniczona przez ramy czasowe.
Czy to czas na ostatni taniec Vipera?
Podsumowując, mimo że rywalizacja ta cierpi na braki w budowie historii z powodu pośpiechu, jedno jest pewne: heelowy Randy Orton to osoba, która bezwzględnie zasługuje na jeszcze jeden tytuł mistrzowski. Jesteśmy świadkami prawdopodobnie ostatnich lat jego aktywnej kariery w federacji. Złoto na biodrach wyrachowanego „Vipera” byłoby pięknym ukoronowaniem jego gigantycznego dziedzictwa. Myślę, że fani przyjęliby taką opcję z ogromnym entuzjazmem.

