WWE TLC 2019 – Opinia

W ostatnich latach prestiż tego PPV zmalał bardzo drastycznie. Pamiętam czasy, gdy TLC było galą, która wzbudzała zainteresowanie i czekało się na nią cały rok, by zobaczyć epickie batalie czy to w Tables, Ladders and Chairs Matchach lub innych gimmick meczach, gdzie używane były wcześniej wymienione przedmioty. Droga do ostatniej gali w 2019 roku przebiegła pod znakiem „cringe’owej” rywalizacji Romana Reignsa z Baronem Corbinem, czy też storylinie Ruseva, Lany i Bobby’ego, który w idealny sposób ukazał obecny poziom produktu serwowanego przed WWE. Mieliśmy także inne feudy, na które rzucałem okiem i akurat one w jakiś sposób mogły zaciekawić.

Kairi Sane i Asuka ścierały się z Charlotte i Becky przez ostatnie tygodnie, aż w końcu dostały TLC Match na niedzielnym PPV. Bray Wyatt feudował z Danielem Bryanem, ale po pamiętnych wydarzeniach ze SmackDown przeszedł on do krótkiego story z The Mizem. Daniel Bryan powrócił na TLC, ale w wersji „retro” że tak to ujmę. Było to chyba najciekawsze wydarzenie, podczas minionej gali. To show, które jakością nie powalało, ale też obyło się bez jakichś głupich sytuacji, choć booking wielu walk mógł rozczarowywać. Gala nie porwała i była takim show, które pójdzie w zapomnienie. Po krótkim wstępie tradycyjnie zapraszam was do mojej opinii, w której to subiektywnie ocenię każdą z walk. Życzę miłego czytania!


WWE SmackDown Tag Team Championship Ladder Match

The New Day (Big E & Kofi Kingston) vs The Revival

Główne show rozpoczęliśmy od walki, którą mogliśmy oglądać już wiele razy w przeciągu ostatnich tygodni. Zamiast dać szansę komuś nowemu, to WWE pcha Revival w kolejnym title match, który i tak przegrali. Plusem tego starcia było to, że dodano do walki stypulację. Uwielbiam „Ladder Matche”, więc byłem zadowolony z tego, iż nasza kochana federacja postanowiła coś zmienić. Nie miałem jakichś wygórowanych oczekiwań, ale zwyczajnie liczyłem na dobrą walkę. Kolejny title reign New Day mnie nie jara, więc było mi obojętne kto wygra ten pojedynek. Lubię Revival, ale ileż można dawać im tytuły i po krótkim czasie zrzucać je z nich. Starcie to toczyło się w wolnym tempie i miałem wrażenie, że trwa to strasznie długo. Panowie dobili do prawie 20 minut w ringu, a według mnie był to zdecydowanie za długi czas. W historii WWE było wiele lepszych „Ladder Matchy”, zaś ten do nich się nie zaliczy. Nudne starcie, w którym dostaliśmy kilka niezłych spotów, zaś duża część tej walki to obijanie rywali i przestoje. Zwycięstwo Nowego Dnia mnie nie zdziwiło, choć ponowne przerzucenie pasów na Revival, by mnie w ogóle nie zaskoczyło.

Zwycięzcy:  The New Day (Big E & Kofi Kingston)

Moja ocena: *** 1\4*


Singles Match

Aleister Black vs Buddy Murphy

Black wyszedł z piwnicy, aby zmierzyć się z Buddym Murphym. Przez ostatnie tygodniówki, panowie mieli ze sobą na pieńku i to doprowadziło do ich walki na TLC. Obaj są wrestlerami, którzy zasługują na dużo więcej niż dostają. WWE nie ma pomysłu na obu panów, więc paruje ich ze sobą. Znany schemat, który jest już powszechnie znany w federacji i nadal jest on praktykowany. Walka ta stricte ringowo była najlepsza podczas TLC. Dostaliśmy mecz, który opierał się ostrej walce, w której panowie nie szczędzili sobie mocniejszych ruchów. Aleister nawet zaczął krwawić po spocie, kiedy to Murphy ściągnął go na metalowe schodki. Naprawdę była to dobra walka, która mi osobiście podobała się najbardziej podczas tej gali. Fajnie pokazano tutaj Buddy’ego, mimo że zaliczył on porażkę, zaś Black odniósł „ważne” zwycięstwo, które otworzy mu drogę do pushu. Choć może być i tak, że znowu zostanie zamknięty w ciemnym pomieszczeniu i będzie sobie gadał do kamery.

Zwycięzca: Aleister Black

Moja ocena: *** 3\4*


WWE RAW Tag Team Championship Match

The Viking Raiders vs The O.C (Luke Gallows & Karl Anderson)

Dajmy dyskwalifikację na PPV, zaś normalne rozstrzygnięcie na tygodniówce. Takie rozwiązania tylko w WWE, bo przecież co tam jakieś PPV, mamy RAW, na którym możemy sobie kończyć feudy, zaś na gali dajemy DQ. Kogo w ogóle interesuje dywizja tagowa WWE? wydaję mi się, że mało kogo, bo dostajemy co chwilę te same zestawienia. OC i Wikingowie sobie trochę powalczyli, a starcie zakończyło podwójnym wyliczeniem. Raidersi jako mistrzowie mi odpowiadają, ale to nie jest to samo, co w NXT. Powtarzalne walki i wszystko oklepane, tak to właśnie wygląda.

Zwycięzcy: Double Countout

Moja ocena: **


TLC Match

Roman Reigns vs Baron Corbin

Żenujący feud zakończył się paskudnym TLC Matchem, który kto wie czy nie był najgorszym w ostatnich latach, a nawet w historii. Była to walka, która była tytułowym TLC meczem tylko na papierze, bo w samej walce nawet nie zbliżono się poziomem, do którejś z spektakularnych walk sprzed lat. Rywalizacja tej dwójki, to podobny „cringe” co storyline RuRu z Laną i Bobbym. Ataki na Romka, pluszowa maskotka psa „Big Doga” czy ostatnie ekscesy z psią karmą wołają o pomstę do nieba, bo to było „ŻENUJĄCE” przez duże „Ż”. Nie sądziłem, że ten feud zakończy się w taki sposób, a król ringu będzie tym, który ostatecznie zwycięży. Ten pojedynek można nazwać „wielkim” chaosem”, który podparty był głupim i przewidywalnym bookingiem. Czy ktoś spodziewał się czystej wygranej Corbina? byłem pewny, że jeśli zwycięży to za pomocą swojej świty. Ziggler i Revival sobie przyszli i poobijali Romka, który na sam koniec otrzymał „End of Days”. Ta zaś akcja zakończyła walkę, a Król Corbin odniósł zwycięstwo nad Reignsem.

Zwycięzca: Baron Corbin

Moja ocena: ** 3\4*


Singles Match

Bray Wyatt vs The Miz

Z rywalizacji z Bryanem, Wyatt przeszedł do krótkiego feudu z Mizem, który zapewne zakończył się na TLC. Storyline, w którym Bray zastraszał małą Birdie, jak i samego Mike’a nawet mi się spodobał, choć mieszanie małego dziecka w takie rzeczy moim zdaniem nie jest dobrym pomysłem. Starcie na TLC był króciutkie i niezbyt ciekawe. Wyatt dostawał baty od Miza, a ten przeważał w tym pojedynku, choć wrażenia na mistrzu Universal to nie robiło. Bray jest mistrzem, jeśli chodzi o storytelling i pokazał to w tym meczu. Szybko przeleciała nam ta walka, którą w sumie można sobie pominąć i odtworzyć tylko wydarzenia, które miały miejsce po zakończeniu walki. Na titronie pojawił się „The Fiend” a Bray wydawał się być szczęśliwy z tego powodu, choć po chwili do śmiechu mu nie było. Powrócił Daniel Bryan, który zmienił look i wygląda zupełnie jak w roku 2011. Zniszczył on Wyatta przy sporym popie od publiczności. Oznacza to, że dojdzie do kontynuacji ich feudu, co mnie osobiście cieszy, bo można wycisnąć z tej rywalizacji trochę więcej.

Zwycięzca: Bray Wyatt

Moja ocena: **


Tables Match

Rusev vs Bobby Lashley

Wypowiem się na szybko, co sądzę o tej żenadzie, którą zaserwowało nam WWE w ostatnim czasie. Cały ten storyline pomiędzy RuRu, Laną i Bobbym jest tym, na co obecnie stać federację. Nie wysilą się, aby stworzyć coś ciekawego, to tworzą kolejne miłosne story z udziałem Bułgara. Naprawdę łapało mnie zażenowanie, gdy oglądałem te wszystkie segmenty. Seks, zdrada i dziecko oraz Rusev uzależniony od seksu. To wszystko rozwaliło system, ale pod tym negatywnym względem. Nie wiem czy są osoby, którym ta farsa przypadła do gustu, choć pewnie ktoś się tam znalazł, kto lubi takie historyjki rodem z „Ukrytej Prawdy”. Pojedynek na TLC na szczęście był lepszy niż to, co opisałem wcześniej. Bez zbędnego obijania w bawełnę, panowie rozpoczęli walkę i przeszli do  nawalanki. Było sporo takiego „street fightu” oraz użyto nie tylko stołów do ataku na rywala. Pod koniec dostaliśmy też ingerencję Lany, która w pewnym stopniu doprowadziła do przegranej Ruseva. Dziwi mnie to, że to Lashley wygrał, bo jednak przez cały feud to RuRu dostawał po tyłku. Mam nadzieję, że to już koniec tego storyline’u, który obnażył znaczenie „dobrego feudu”.

Zwycięzca: Bobby Lashley

Moja ocena: ** 1\2*


WWE Women’s Tag Team Championship TLC Match

The Kabuki Warriors vs Becky Lynch & Charlotte Flair

Main eventem tegorocznego TLC było starcie o pasy tag teamowe kobiet, w którym zmierzyły się obecne mistrzynie Kairi Sane i Asuka z Becky Lynch i Charlotte Flair. Kurcze, ten pojedynek był naprawdę spoko, ale w pewnych momentach zrobił się z tego spotfest, który był robiony na siłę. Panie wydawały się jakieś spięte i wszystko było robione na szybko. Gdzieś z tyłu głowy miałem main event ostatniej WM’ki, bo tutaj wyglądało to podobnie. TLC Match może być spotfestem, ale z rozwagą, zaś tutaj jej zabrakło. Kairi na tym najbardziej ucierpiała, bo doznała kontuzji, choć do końca kontynuowała starcie. Mnóstwo mieliśmy chaosu i wcześniej wspomnionego spotfestu, którego mieliśmy aż nadto. Tytuły tagowe pań w końcu znalazły się na szali, w poważnym starciu i to w walce wieczoru. Oceniając całokształt tego starcia muszę przyznać, że stało ono na niezłym poziomie. Cieszy mnie fakt, iż wygrały Japonki bo jednak istniała szansa, że zwycięstwo odniosą  Becky i Charlotte.

Zwyciężczynie: The Kabuki Warriors

Moja ocena: *** 1\2*