Twoje zdanie nie jest najważniejsze – ten artykuł dedykowany jest fanom wrestlingu

„Nie ma absolutnie przypadku w tym, że tekst ten powstaje właściwie w przeddzień Royal Rumble. Ten okres dla nas, fanów wrestlingu, to absolutny raj pod względem spekulacji, roszczeń i marzeń, w kontekście Royal Rumble matchu. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy coś pójdzie nie tak, jak sobie to wymyśliliśmy w głowie. Wtedy absolutnie cała gala będzie przecież do niczego! JA MIAŁEM LEPSZY POMYSŁ!”

Ten tekst będzie z mojej strony przejawem wielkiej hipokryzji i zaznaczam to już tutaj, żeby przypadkiem nikt później mi tego nie wytykał. Bo przecież jak ja śmiem atakować jakkolwiek grupę, do której aż po uszy należę. Nie jestem przecież jedną z tych osób, która znalazła się tutaj przypadkiem, nie jestem człowiekiem kompletnie bez powiązania z polskim community wrestlingowym. Jest jeszcze gorzej, bo udaje przecież od lat, że właśnie moje zdanie ma znaczenie.

Trzy lata temu, gdy odchodziłem z redakcji MyWrestling, byłem autorem serii „#Subiektywnie”, gdzie dość amatorsko oceniałem walki i całe gale (serio, nie wracajcie do tych tekstów, nie zestarzały się zbyt dobrze). Później kontynuowałem podobny format wpisów w innych miejscach, czy to właśnie wciąż przez gwiazdki, czy wszelkiego rodzaju podsumowania, naciskające jednak mocno na aspekt subiektywnego umieszczania wrestlera x, nad wrestlerem y. W końcu doszedł własny podcast, który przecież istnieje do dziś i tam też nie mamy absolutnie żadnych hamulców, aby mówić o tym, że coś nam się podoba lub nie podoba. Wciąż oceniam walki, wciąż udaje, że to co mówię, to jest TO ZDANIE, które jest właściwe, bo jest moje.

Co jednak się zmieniło przez te trzy lata, to fakt, że nabrałem swego rodzaju pokory, do całego biznesu. Szło to oczywiście w parze z moim dojrzewaniem życiowym, bo innym się jest człowiekiem, mając lat 17-ście i zaczynając szkołę średnią, a zupełnie innym będąc już po maturze, mieszkając kilkaset kilometrów od domu rodzinnego i stawiając gdzieś tam pierwsze kroki w dorosłości. Pokora więc. Nigdy nie wszedłem do ringu, nigdy nie miałem na tyle odwagi, zaufania do samego siebie i raczej niewiele się w tej kwestii zmieni w przyszłości. Kilka dni temu miała miejsce gala MZW, na której byłem. Akurat ja jestem przedstawicielem tego grona, które na polski wrestling obojętne nie będzie. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że w przywołanym MZW są osoby, które prywatnie poznałem, jeszcze zanim poszły w wrestling i szczerze im kibicuję. Jest też inny powód. To właśnie tam kryje się wszystko. Poświęcenie, ciężka praca, marzenia, chęć spełnienia. Ci ludzie przecież nie są obecnie na poziomie wyprzedawania 10-tysięcznych aren, sześciocyfrowych wypłat i milionów fanów na całym świecie. Oczywiście życzę im tego, ale to właśnie dlatego należy im się szacunek, bo narażają swoje zdrowie i życie dla pasji przed tymi 150 osobami. Może czasami warto docenić tych ludzi? Za to, że robią to, co kochają, a niestety przy okazji złożyło się tak, że jest to bardzo niszowa rozrywka w Polsce. Miłość nie wybiera.

O ile więc bardziej, zyskują w moich oczach wszyscy ludzie czy to w WWE, czy w NJPW, którzy rocznie toczą ponad sto walk, będąc prawie cały rok w trasie, poza domem. Doceniam ich jako ludzi. Moja opinia o ich postaciach może być różna, jednak nigdy moja negatywna opinia nie równa się atakowi personalnie na kogoś. Bo to przecież ten sam przypadek, co z aktorami. Tak często lubimy porównywać wrestling do „opery mydlanej dla mężczyzn”, tak i w tym przypadku ta analogia jest adekwatna. To nie wina Barona Corbina, że każą mu walczyć w dany sposób, to nie jest wina Romana Reignsa, że cztery-pięć lat temu wygrywał absolutnie wszystko, jak leci. Ktoś za tym wszystkim stoi, prawda? Rolą wrestlera jest to, aby zadanie przed nim postawione wykonać jak najlepiej. Czyli wspomniany Corbin ma „dostarczyć” dany segment, który został rozpisany wcześniej przez kogoś innego, tak aby dostać jak największy heat. Piszę o tej oczywistości, bo często zdajemy się upraszczać rzeczy – my, fani. Nie podobał nam się segment z Baronem? W takim razie jest on do niczego i się nie nadaje. Jasne, mógł on zawalić w kwestii tego „dostarczania”, ale to w przypadku Corbina zdarza się rzadko, a i tak nie jest doceniany, tylko właśnie wyzywany przez ludzi. Uwaga, wyjawię teraz wielki sekret: NIE WSZYSTKO, CO JEST NA GALI MUSI CI SIĘ PODOBAĆ, czasami nawet taki jest zamiar, by ci się nie podobało, żenowało. Jest jeszcze kwestia tego, jak być dobrym heelem w obecnych czasach i czy w zdaniu: jak nie lubisz zawodnika x to znaczy, że jest dobrym heelem. Ten temat jednak podejmę innym razem. Jaka jest puenta tej myśli? Do czego w ogóle zmierzasz ShowOff? Nabierzmy czasami perspektywy, przypomnijmy sobie jakim dużym biznesem jest WWE. To nie jest tak, że ten Baron Corbin (którego się uczepiłem w tym wpisie) wziął mikrofon, wyszedł, powiedział co chciał i wrócił. Ktoś go tak rozpisuje, ktoś chce, żeby ten Corbin tak wyglądał, a nie inaczej. Kierujmy częściej nasze pretensje do tych osób wyżej, a nie do wrestlerów.

No dobrze, ale z czego właściwie wynika to, że posługujemy się w ogóle tym skrótem myślowym i obarczamy wrestlerów winą, za rzeczy, które często nie zależą w ogóle od nich? Emocjami. Jesteśmy tak bardzo zżyci z produktem, tak nam zależy, że uważamy w wielu sytuacjach, iż nasze tysiąc pomysłów, które ogarnęliśmy w 5 minut, byłoby znacznie lepsze, niż coś co nam zaserwowano. Nie ma absolutnie przypadku w tym, że tekst ten powstaje właściwie w przeddzień Royal Rumble. Ten okres dla nas, fanów wrestlingu, to absolutny raj pod względem spekulacji, roszczeń i marzeń, w kontekście Royal Rumble matchu. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy coś pójdzie nie tak, jak sobie to wymyśliliśmy w głowie. Wtedy absolutnie cała gala będzie przecież do niczego! JA MIAŁEM LEPSZY POMYSŁ! Brawo dla Was! Tutaj jednak znów, warto odsapnąć, stanąć z boku i nabrać perspektywy. WWE to wielka machina, biznes nastawiony na zarobek. Pomimo sporych zysków z Arabii Saudyjskiej, muszą też dbać o rodzimy rynek, bo jednak on jest najistotniejszy. Nikt więc nie będzie specjalnie sabotował federacji np. skupiając się tylko na galach w Arabii, bo tak federacja by długo nie pociągnęła. Jednocześnie najważniejsi ludzie w WWE wiedzą znacznie więcej, niż my, zwykli szarzy fani. My widzimy tylko to, co w TV i internecie, często dając się nabrać na plotki. Oficjele mają jednak wiadomości z większej ilości źródeł i w dodatku prawdziwych. Jeżeli więc podejmowana jest decyzja: ten koleś będzie stał na szczycie fedki, to znaczy, że muszą iść za nią jakieś przesłanki. Zmierzam oczywiście do tematu Brocka Lesnara. Ludzie mają dość, bo „Bestia” jest na szczycie w zasadzie już od 5 lat. Jak nie z tytułem WWE, to z Universal. Czy jednak, gdyby to się federacji nie opłacało, to dalej Brock byłby mistrzem? Oczywiście, że nie. Ktoś musi sprawdzać tabelki przychodów, oglądalności i ocenić, że Lesnar jest na tyle dużym drawem, że opłaca się dawać główny pas part-timerowi, nie raz, nie dwa, a w ostatnim czasie cztery razy. I naprawdę nikogo nie interesuje w tym wypadku zdanie kilku osób, które nie tolerują mistrza part-timera i dałyby pas McIntyre’owi, Blackowi czy innemu Ricochetowi. Problem istnieje jednak w tym, że w porównaniu z Lesnarem, to taki Black nie jest żadnym nazwiskiem. Czasami trzeba się pogodzić z tym, że po prostu nie mamy racji, a nasze „community” to jakaś kropla w morzu wszystkich fanów.

To jeszcze nie jest ten poziom, daleko nam do tego, ale nie zróbmy z fanów wrestlingu kolejnego, toksycznego zbiorowiska fanów Star Wars (tych najbardziej „ekstremalnych”), których nie ma tak dużo, ale jednocześnie robią na tyle głośny szum, że faktycznie jest on słyszalny. Po premierze „The Last Jedi” hejt, jaki wylał się na Kelly Marie Tran, aktorkę grającą rolę Rose, był tak duży, że usunęła ona swoje wszystkie konta społecznościowe. Studio trochę się wycofało z kierunku obranego w tym filmie, przez właśnie m.in. tych fanów i powstał Rise of Skywalker, który jest filmem dla wszystkich. Dobrze wiemy, że jeżeli coś jest dla każdego, to jest dla nikogo jednocześnie i nagle wielkie zdziwienie, bo ostatnia część trylogii źle się przyjęła. Co? Czyżby ta mała grupka fanów krzycząca najgłośniej po TLJ, że niszczą im ich ulubione filmy, nie miała racji? Co za niespodzianka.

W tym kontekście pomyślmy… co jeśli my nie mamy racji? Co jeśli nie mamy czasami racji z Lesnarem, Corbinem, Romanem i innymi? Co jeśli nasze super pomysły z głów wcale nie zakończyłyby się skokami oglądalności do 10 milionów i powrotem wrestlingu do main streamu? W takim WWE naprawdę pracują mądre głowy i chcą zrobić najlepszy możliwy produkt. Przypomnijcie to sobie po Royal Rumble Matchu mężczyzn, gdy Roman Reigns uniesie ręce do góry i okaże się, że Edge czy CM Punk jednak nie wrócili. Nabierzcie perspektywy i zanim napiszecie w sieci, że WWE zrobiło właśnie najgorszą galę w historii i RR Match był tragiczny i w ogóle kończycie z wrestlingiem, to może odetchnijcie, poczekajcie co historia będzie miała dalej do zaoferowania i po prostu oglądajcie chociaż raz szukając zwykłej przyjemności. Zawsze jeszcze mogę rzucić frazesem: NIE PODOBA CI SIĘ, TO NIE OGLĄDAJ!

Mic drop.