Relacja z Tygrysicem: KPW Godzina Zero 2017

KPW na swoją największą galę w roku przygotowało spore widowisko, w które zaangażowani – oprócz gwiazd rodzimej sceny – byli również zagraniczni wrestlerzy. Ponadto impreza przeniosła się z klubu Atlantic do Gdyńskiego Centrum Sportu. Czy to wystarczyło aby dostarczyć widzom niezapomnianych wrażeń?

Zanim jednak przejdę do omówienia kolejnych walk, wypada mi wspomnieć o paru kwestiach organizacyjnych. Gala zaliczyła spore spóźnienie. Czterdzieści minut to obsuwa znacząca i bądź co bądź zwyczajnie irytująca. Jest to kolejny taka sytuacja i wygląda na to, że należy zmienić politykę dotyczącą czasu wpuszczania widzów lub ewentualnie formy biletów zakupionych internetowo. Godzina Zero przeniosła się do hali Gdyńskiego Centrum Sportu, co miało swoje plusy i minusy. Pozytywem była spora przestrzeń, dzięki której do duchoty niemalże nie dochodziło. Ponadto istniało sporo miejsca na usadowienie widzów a ławy miały metalowe podesty, dzięki którym szybko można było zrobić spory hałas dla zawodników. Z drugiej strony jednak rozmiary sali sprawiały, że dźwięki niektórych chantów czy rzeczywiście zabawnych komentarzy łatwo się w atmosferze gubiły. Można by też pomyśleć o niewpuszczaniu ludzi, którzy wyraźnie są już pod wpływem różnego rodzaju substancji. Niemniej jednak to bardzo dobre miejsce na organizację gal, oferujące duże możliwości dalszego rozwoju.

Nie mogę też nie wspomnieć o prowadzącym – Arkadiuszu Panie Pawłowskim. Po raz kolejny służył jako magnes łączący wszystkie elementy gali i przyciągający uwagę widzów. Charyzmą i szybkim umysłem starał się odpowiednio kierować publicznością i wszystkim co pomiędzy walkami. Należą mu się wyrazy uznania i dostrzeżenie zasług wobec całego KPW.

Kaszub vs. Peter Pannache (w) [Singles match]

Gala w kwestii stricte meczowej rozpoczęła się dość niemrawo. Feud Petera i Kaszuba radził sobie dotychczas naprawdę dobrze. Widowni łatwo było wkręcić się w prostą historię o zdradzie i „HAŃBIE”, ale mecz położył… sędzia. Gdzieś w połowie walki nadzorujący ją dżentelmen odklepał Pannache’a do trzech, pomimo że ten zdążył wyraźnie podnieść ramię. Gong zadzwonił, walka się skończyła, ale panowie nadal się bili, więc doszło do wyraźnego nieporozumienia. Oficjel po chwili namysłu ruszył do Pawłowskiego i zażądał ogłoszenia, że Peter podniósł jednak ramię i mają znowu walczyć. W tym momencie tłum stracił trochę wigoru i nie do końca wiedział, co się dzieje, a gala wytraciła pęd. Wszystko z czasem znów nabrało tempa, Pannache wygrał ku uciesze publiczności, ale delikatny, początkowy niesmak pozostał.

Alisa vs. Mira [No contest]

Po raz kolejny mieliśmy do czynienia z motywem zdrady, jednak tutaj dotyczył on sióstr, co zawsze dobrze działa na umysł publiki. Debiutująca Alisa, która dołączyła wcześniej do Kawalerii, wyszła na ring w nowym odzieniu ringowym z kijem bejsbolowym w ręce. Mroczny nastrój Mira skontrontowała święcącymi podeszwami butów, jednak zanim zdołała się odpowiednio zaprezentować, siostra zaatakowała ją od pleców. Alisa okazała się naprawdę niezłym hard-hitterem i z przyjemnym zaskoczeniem obserwowałem sytuację w ringu i poza nim. Mira jednak też nie pozostawała dłużna, a we wszystkim widać było rzeczywistą zawziętość. Po paru chwilach zaatakowany przez heela został sędzia, co spowodowało, że walka nawet się nie rozpoczęła, a co za tym idzie mamy gotowy, porządny materiał do walk na przyszłość.

Kamil Aleksander (w) vs. Mika The Polish Punisher [Singles match]

Kolejne starcie miało w sobie całkiem ciekawe nuty patriotyczne, dzięki którym zobaczyliśmy wspólne składanie flagi przez obu wrestlerów i ogólne wyrazy wspólnego szacunku. Walka sama w sobie była bardzo przyzwoita, choć nie mogę powiedzieć, żeby porwała tłumy. Mika wydawał się być delikatnie nie w formie – jakby coś go porządnie wcześniej zmęczyło. Niemniej jednak po odpowiednio zbalansowanej batalii Kamil Aleksander wygrał ku ogólnemu poparciu tłumu. Wrestlerzy zaś wspólnie wyszli za kulisy wspierając się nawzajem po wyczerpującym pokazie umiejętności.

Gracjan Korpo (w) vs. Krzysztof Zasada [Singles match]

Gracjan stanął w ringu ze swym byłym asystentem, który zwrócił się przeciwko niemu na poprzedniej Arenie. Po bardzo marnym promo ze strony przedstawiciela Biura, w którym mówił m.in o tym jak dumny musi być z Zasady jego tata, rozpoczęła się dość nierówna walka. Użyłem tego przymiotnika nie ze względu na jakość techniczną, tylko bo Krzysztof zwyczajnie zbierał przez większość czasu baty. Potyczka nie trwała za długo i skończyła się zdecydowanym zwycięstwem Korpo. Tu trzeba przyznać, że miało to sens, bo Gracjan wcześniej zdążył już pokazać swoje możliwości i nie można było dać mu ot tak przegrać, pozbawiając go pędu, a za Zasadą i tak stała cała publiczność.

Fynn Freyhart vs. Greg (w) [Singles match o KPW Oldtown Championship Match]

Pierwsza z zagranicznych gwiazd pojawiła się przy okazji walki o Oldtown Championship. Pochodzący z Niemiec Fynn Freyhart zmierzył się z właścicielem pasa – Gregiem. Ten ostatni przed walką uraczył widownię klasycznym heelowym promo, które było tak sensowne i porządne jak i niczym niewyróżniające się. W tym momencie jakość walk zaczęła wyraźnie wzrastać. Zawodnicy coraz lepiej radzili sobie w ringu. Fynn łatwo zaskarbił sobie sympatię widowni, głównie za sprawą nienawiści do członka Kawalerii. Dzięki temu cała potyczka miała świetną atmosferę i nie do końca wiadomym było, czy rzeczywiście nie zobaczymy zmiany pasa. I wtedy pojawił się Kaszub. A skoro pojawił się Kaszub to i sędzia nie patrzył na to co się dzieje w ringu, nie odklepał Grega, a ten dzięki nieczystym zagraniom zachował swój pas. Po walce Freyhart zaczął rozmawiać z widownią po angielsku by szybko zmienić język na… polski. Okazało się, że ma on polskie korzenie i bardzo dobrze posługuje się językiem. No i patrzcie, z jakiegoś powodu delikwent krzyczący „J**** NIEMCA” wyraźnie ucichł. Walka zdecydowanie na plus.

Joey Ozbourne vs. Robert Star [Singles match]

Ozbourne nie chciał stać się w Gdyni zbyt lubianą postacią. Anglik od początku dość agresywnie reagował na wszelkie zaczepki, zachęcał kolejne osoby do wejścia z nim na ring, a wszystko zwieńczył stwierdzeniem, że „jest najlepszym co spotkało to miejsce od 1939 roku”. Grubo. I słusznie. Niemniej jednak ja odnalazłem sporo sympatii do bardzo konsekwentnie i sensownie odgrywanej przez niego roli. Później na ring wyszedł Star w towarzystwie… emmm… no to miały być chyba siły specjalne, bądź żołnierze w akcji. No najwyraźniej Robert delikatnie postanowił zmodyfikować swój gimmick (ale po buziaka z widowni i tak poszedł). Potyczka była naprawdę interesująca, choć bolało mnie, że byłem jedną z tylko dwóch osób, które oklaskiwały Joeya. Star wyraźnie nie radził sobie z przeciwnikiem i nagle do gry weszło… krzesło. Widownia wpadła w lekkie osłupienie, bo nikt nie uprzedzał, że to Hardcore Match. Sędzia po prostu nie zareagował na użycie broni. Potem pomiędzy linami znalazły się również pinezki, w które wątpliwą przyjemność bycia rzuconym miał Robert. Polska gwiazdka krwawiła również z głowy, bo Anglik nie miał zamiaru wzbraniać się przed użyciem krzesła. Finalnie zwycięzcą został Star, a Anglik przy niemrawym dopingu na odchodne rzucił, że „on żyje życiem, o którym my frajerzy możemy pomarzyć”.

Adam Bravo vs. Boski Ostrowski vs. Dawid Oliwa vs. Gracjan Korpo vs. Mateusz Kowalski vs. Ron Corvus (w) vs. Rosetti vs. Sawicki [Siedmiu Wspaniałych]

Ale jak to siedmiu, jak wypisałem ośmiu? Do walki postanowił dołączyć Gracjan Korpo, który uznał że udowodnił swoją wartość, a Prezes zezwolił mu na uczestnictwo. Uzasadnienie dobre jak każde inne. Kontrakt na walkę o mistrzostwo KPW nad głową, drabiny dostępne, możliwa eliminacja przeciwników przez pin czy poddanie się. Zestaw brzmiał na bardzo interesujący, a sama walka myślę, że spełniła oczekiwania tłumu. Dwa wyraźne sojusze (Sawicki i Rosetti / Ostrowski i Oliwa) starały się kontrolować walkę i powoli dochodziło do eliminacji, tych których nie miał kto wesprzeć. Jedynym niewyeliminowanym samotnym wilkiem był Ron. Do zabawy wchodziły krzesła, stoły, oczywiście drabiny i zwyczajnie trzeba przyznać, że wszyscy się w walce spisali. Team heelów został rozłożony przez team face’ów. A Ostrowskiego wyeliminował Oliwa, którym rzucił Corvus, tworząc nam fundamenty do przyszłych wydarzeń. Kontrakt niespodziewanie zdobył Węgier, co spotkało się z zadowoleniem fanów i wprowadzeniem kapki nieprzewidywalności. Oby więcej takich spotkań.

Bianca vs. Kat Von Kaige (w) [Singles match]

To niestety czarna owca całej gali. Pierwszą rzeczą, która negatywnie wpłynęła na odbiór walki, był fakt, że Godzina Zero bardzo się przeciągała i widzowie byli już zmęczeni. Innymi słowy – na trybunach panowała cisza. No… paru delikwentów chciało się bliżej zapoznać z Biancą, więc byli dość wokalni w tej kwestii. Drugą sprawą była już rzeczywiście technika pań. Tu jest olbrzymie pole do poprawy. Niemalże nigdy nie wiadomo było, czy spot się rzeczywiście uda, bo wszystkie ruchy wrestlerek wydawały się niepewne i niezorganizowane. Nic więc dziwnego, że widownia potraktowała to wszystko jako odpoczynek przed main eventem. Poddania się Polki prawie nikt nie zauważył albo i na nie nie zareagował. Niemniej jednak trzymam kciuki i mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Piękny Kawaler (w) vs. Wild Boar [Singles match o KPW Championship match]

Nie ukrywam, że byłem bardzo zainteresowany main eventem, jako że mocno cenię sobie umiejętności Boara i zastanawiałem się jak wypadnie przy nim Kawaler, który bądź co bądź jest wrestlerem naprawdę dobrym. Gdy zadzwonił gong, ogłaszający koniec walki byłem bardzo zadowolony z technicznego aspektu pojedynku, jednak booking już powoli męczy. Knur i mistrz KPW dali naprawdę porządny popis swoich umiejętności, efektywnie kształtując dynamikę starcia i wykorzystując swoje mocne strony. Boar wydawał się rzeczywiście być nieprzewidywalnym dzikiem w czym zdecydowanie pomagał mu wizerunek, składający się m.in z brakujących zębów i czarnych soczewek kontaktowych. Kawaler zaś agresywnie wykorzystywał wszystkie okazje (uzyskane czysto lub nie), jakie tylko miał lub chował się za Kawalerią. No właśnie – Kawaleria. Jedyna stajnia w KPW niepodzielnie rządzi federacją, jednakowoż od jakiegoś czasu wszystko wydaje się takie samo. Kawaler i jego poplecznicy stale wygrywają dzięki nieczystym zagraniom i tak jak ma to sens z punktu widzenia czysto logicznego, tak podejrzewam, że spora liczba fanów jest już znudzona kolejnymi kopnięciami w krocze (Boar przyjął jeden plus uderzenie w ten sam region przez Alisę) czy działaniami odwracającymi uwagę sędziego. Świetnie, że KPW angażuje zagranicznych wrestlerów do podbudowania wagi swojego pasa, jednak ta konkretna forma prowadzenia historii Kawalerii zaczyna się wypalać.

Podsumowanie

KPW Godzina Zero 2017 była bardzo porządną galą, oferującą naprawdę dużą liczbę rzeczywiście jakościowych walk. Organizacja imprezy dawała radę, choć jest nadal miejsce na poprawę. W trakcie gali zbierano również datki na cele charytatywne, co uważam za bardzo szlachetną inicjatywę. Przed największą polską federację widnieje naprawdę – jeśli nie świetlana – jasna przyszłość. Mają stale rozwijające się talenty, odpowiedni ekwipunek techniczny i coraz donośniejszy głos na europejskiej scenie. Życzę im wiele szczęścia i czekam na to, co nadejdzie.