Recenzja z Tygrysicem: WrestleMania 2017

Wow, moja pierwsza recenzja WrestleManii i WWE daje mi tak ciężki orzech do zgryzienia. Czy warto było nastawiać się przez większą część roku, zapraszać znajomych i przygotowywać pyszności dla całonocnej uciechy? Spróbujmy odpowiedzieć.

Od razu zaznaczam, że nie biorę tu pod uwagę pre-show, ale dla formalności: walka cruiserweightów była świetną rozgrzewką dla publiki i widziałem, jak obudziła u moich kumpli – którzy wrestling oglądali raczej lata temu – zalążki dawnej pasji i fascynacji, a o to chyba w tym chodzi. Battle Royal było zwyczajnie kiepskie, z beznadziejnym zwycięzcą i obowiązkową ingerencją celebryty. Wszelkie możliwości rozwoju fabuł wyrzucono przez okno. Jedynym plusem była wysoka pozycja Kiliana Daina. Mecz o pas interkontynentalny zasługiwał na pre-show, bo nie różnił się specjalnie od tego co widzieć mogliśmy regularnie na SmackDown. Ot, porządny pokaz charakterystycznych ruchów.

The New Day jako gospodarze

WWE podjęło bardzo słuszną decyzję ograniczając ingerencję New Day do minimum. Na gali pojawili się oni zaledwie 3 razy (jeśli się mylę, wybaczcie, nie złapałem specjalnie snu) – na sam początek, dla rozkręcenia tłumu, zaraz przed walką tag teamów ze stajni RAW i aby ogłosić rekord widowni na arenie. Wszystkie żarty zgrabnie się ze sobą zgrywały i widownia ochoczo reagowała na wszelkie pląsy i podrygi. Miałem obawy, ale na szczęście wszystko udało się zbalansować. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to dość marne wejście, ale ciężko by było wymyślić im coś lepszego niż w zeszłym roku – chyba że użyć rollercoastera…

AJ Styles (w) vs. Shane McMahon [Singles match]

A więc plotki okazały się prawdą. Shane rzeczywiście przygotowywał się miesiącami do tego spotkania. To była najlepsza walka w jego życiu. Oczywiście przyczyniła się też do tego maestria techniczna AJ’a, ale oddajmy McMahonowi co McMahona – to było coś. Klasyczny Elbow Drop, Coast to Coast ze śmietnikiem, Shooting Star Press, ciekawe suplexy, rozsądna ilość niezręcznych prostych,  wszystko było na swoim miejscu. Styles sprawił, że ta potyczka dla niedoświadczonego widza wydawać się mogła spotkaniem wrestlerów tej samej klasy. Na ten moment, chyba nikt inny nie byłby w stanie tego osiągnąć. Panowie spełnili wszelkie oczekiwania, a potem dali od siebie jeszcze więcej.

Chris Jericho vs. Kevin Owens (w) [Singles match o WWE United States Championship]

Kolejna walka, która nie mogła sprawić nikomu zawodu. Jericho i Owens zaprezentowali nam chyba najbardziej klasyczną – w kwestii technicznej – walkę wieczoru. Obyło się bez zbędnych fajerwerków i fałszywego budowania niesamowitych spotów. Mieliśmy przed sobą parę zaciekłych, obrzucających się mocno personalnymi obelgami wrogów, która chciała rozwiązać swoje animozje w najzwyczajniejszej, męskiej potyczce i choć Chris nie jest już tak sprawny jak kiedyś, to byliśmy świadkami naprawdę dobrej walki. Na mały ukłon i dodatkowe zdanie zasługuje kontra Pop-Up Powerbomb w Codebreakera. Cudo. Zmiana mistrza słuszna – Jericho będzie powoli żegnał się z firmą, a Kevin ma przed sobą jeszcze wiele sukcesów, których serdecznie mu życzę.

Bayley (w) vs. Charlotte Flair vs. Nia Jax vs. Sasha Banks [Fatal 4-Way match o WWE RAW Women’s Title]

Jest we mnie jakaś niepohamowana nuta rozczarowania tą walką. Oczywiście głównie ze względów fabularnych. W kwestii samych umiejętności ringowych nie mogę powiedzieć złego słowa, ale widać w tej potyczce masę niewykorzystanego potencjału. Rozpoczęło się świetnie, bo przeciwko Jax zgrupowała się pozostała trójka, skutecznie współpracując i eliminując potrójnym Powerbombem i przypięciem Nię. Potem jednak, zamiast rozwinąć akcję w jakiś mocniej skupiony na scenariuszu sposób, zobaczyliśmy zwyczajny triple threat, w którym liczyły się niemal wyłącznie umiejętności walki a nie więzi łączące Horsewomen. Najpierw z walki odpadła Banks, potem Flair pozostawiając Bayley na piedestale mistrzyni. Absolutnie nie jest tak, że nastawiłem się na heel turn Sashy i jestem obrażony, że nie poszło po mojej myśli. Uważam po prostu, że można było to zrobić zwyczajnie ciekawiej.

Hall of Fame 2017 Class Presentation

Co ja Wam mogę, moi drodzy, powiedzieć? Hall of Fame, jako nieodłączny już element WrestleManii jest momentem dla uśmiechów, wspomnień i wzruszeń. Świetnie było zobaczyć razem tak wielkie gwiazdy, które odcisnęły na WWE tak znaczące piętno. My, jako fani, winni im jesteśmy pamięć i szacunek. Ze swojej strony polecam zobaczyć całą galę HoF z dnia przed recenzowanym wydarzeniem. Dla tych wszystkich przemówień warto.

Big Cass & Enzo Amore vs. Cesaro & Sheamus vs. Jeff Hardy & Matt Hardy (w) vs. Karl Anderson & Luke Gallows [Fatal 4-Way Tag Ladder Match o WWE RAW Tag Team Championship]

Mina Enzo mówi wszystko. Bracia Hardy powrócili do WWE. Mój osobisty moment wieczoru. Gdy droczący się z nami możliwością swojego udziału w walce New Day, odstąpili na bok a na scenę wyskoczyli Jeff i Matt moje serce cofnęło się do momentu, w którym ojciec podarował mi grę na PSP „SmackDown vs. RAW 2007” i zaczęła się moja prawdziwa przygoda z wrestlingiem. To samo działo się z trójką kompanów, którzy oglądali ze mną walkę. Doszło w nas do implozji, okazaliśmy to eksplozją.  Ale koniec z roztkliwianiem się nad dawno pożegnanym dzieciństwem. Walka była cudowna. Nie powalała ona długością, ale w lekko ponad 11 minutach zmieściła wszystko, czego mogłem oczekiwać. Sekwencje finisherów, brutalne uderzenia drabinami, świetne akcje dwójkowe, no i ten Swanton Bomb z najwyższej drabiny jaką znaleźli… tak bardzo tęskniłem (biedny Cesaro wgnieciony w ziemię). Nowi, niespodziewani mistrzowie to idealny element wprowadzający świeżość w dotkniętą stagnacją dywizję tag teamową RAW. Teraz tylko zobaczyć jak wyglądać będzie charakter obu panów. Matt wyraźnie, kiedy chciał, używał swojej Broken persony, ale kamera uważnie odwracała wtedy obiektyw (nie zapominajmy o toczących się potyczkach sądowych). Warto jednak zwrócić uwagę, że w wywiadzie zamieszczonym na kanale youtubowym WWE mówi on zupełnie normalnie. Już zapomniałem jak brzmi, kiedy się normalnie wypowiada…

John Cena & Nikki Bella (w) vs. Maryse & The Miz (Intergender Tag Team match)

Strasznie się zawiodłem. Feud z jedną z najlepiej prowadzonych linii fabularnych został sprowadzony do dwuetapowego, niespełna dziesięciominutowego pojedynku. Mówię pojedynku, bo w ringu zobaczyliśmy praktycznie tylko Cenę i Miza. Mówię dwuetapowego, bo najpierw A-Lister lał Cenę, a potem z pomocą Nikki para przechyliła szalę na swoją stronę zsynchronizowanymi ruchami. O ile dobrze pamiętam, Maryse w tej walce nie zrobiła nic. Szkoda.

A potem były oświadczyny. Tak, cieszyłem się. Tak, to że wygrali tak łatwo sprawiło, że cała ceremonia wyglądała nudnawo. Tak, to strasznie kiczowate. Tak, daj mi spokój, to jest wrestling. Tu się dzieją takie rzeczy. W Total Bellas będzie to wyglądać cudownie.

Seth Rollins (w) vs. Triple H [Unsactioned match]

Triple H nie zawodzi w kwestii swoich wejść na Wrestlemaniach. Skutery policji, olbrzymi motor, odziana w skórę Stephanie na tylnym siedzeniu. Każdy czasem lubi popatrzeć na takie głupotki. Trzeba jednak przyznać, że w kwestii widowiskowości przebił go Rollins, dzięki nieoczywistości  i oryginalności wykorzystania wyświetlacza w rampie prowadzącej na arenę i zmiany jej wyglądu w pole ognia z pomocą prawdziwego znicza, przypominającego ten olimpijski.. Warto też zwrócić w trakcie podróży do ringu uwagę na to, jak bardzo obudowane było kolano Setha, co z pewnością nie ułatwiło mu działania w walce. A jaka ta walka była? Wydaje mi się, że dokładnie taka, jaka powinna była być. Stopień brutalności był większy, niż w przeciętnych meczach, jednakowoż był on świetnie wyważony. Nie tworzył on atmosfery spotfestu z kulminacjami, których jedynym celem jest pokazanie, ile bólu mogą wytrzymać obie ze stron. Bardzo się cieszę, że finalnie nikt nie użył legendarnego młota Triple H’a dlatego siła zwycięzcy wydawała się o tyle większa. Jedyne co w potyczce było nie tak, to sam początek końca, w którym Hunter wpadł w swoją żonę (bardzo dobrze sprawowała się jako element przeszkadzający przez całą długość walki), w wyniku czego spadła ona z obrzeża ringu i przebiła stół. Brzmi super, ale Triple H ledwie ją dotknął, przez co wszystko wyglądało niesamowicie sztucznie i delikatnie zabiło emocje ostatnich pół minuty walki.

Występ Flo Ridy, Lunchmoney Lewisa, Pitbulla i Stephena Marleya

Jeśli to przez ten szajs straciliśmy po parę minut z 3 walk SmackDown (o tym zaraz), to ja już naprawdę nie wierzę w tok myślenia WWE. Czwórka artystów zaprezentowała się mizernie i nie chodzi mi tu wcale o samą jakość muzyczną a o widowiskowość występu… a raczej jej brak. Marne wizualizacje, nieinteresujące postacie i stereotypowe, kręcące tyłkami tancerki teledysków pop-raperskich. No przykro mi no. Nie róbcie mi tak. Po prostu obliczcie jakąś sensowną przerwę na toaletę i wyjęcie napojów z lodówki.

Bray Wyatt vs. Randy Orton (w) [Singles match o WWE Championship]

Mówiłem o pourywanych minutach z walk SmackDown. Chodzi mi o tą, o pas kobiet i tą z udziałem Ceny i Belli. Tutaj stało się to praktycznie oczywiste. Ta walka trwała mniej niż 10 minut. Walka o pas mistrzowski WWE pomiędzy Brayem Wyattem a Randym Ortonem trwała poniżej 10 minut. To jest skandal. Niemniej jednak, to co zobaczyliśmy w trakcie tego karygodnego czasu było momentami genialne. Wiecie, o które momenty mi chodzi. Gdy Bray Wyatt przechodził w swoją demoniczną formę, wszelkie światła gasły a na kanwach ringu pojawiały się nagrania wszelkiej maści robactwa. Ge-nial-ne. Bardzo chciałbym uścisnąć rękę, temu, kto na to wpadł. Połączono to z kamerą znad ringu, co dawało wrażenie bycia świadkiem polowania na zwierzynę. Ale co z tego skoro Orton wygrał. O tak o. Po drugim RKO. Tak przyszło znikąd (wiem, bo to RKO). Nie rozumiem tego. Randy miał już swój czas i swoją masę tytułów. Bray przegrywa na każdej WrestleManii i każda kolejna porażka na PPV sprawia, że traktuje się go mniej poważnie a przy takim talencie to niedopuszczalne.

PS. Czemu Viperowi przy wyjściu zamiast żmii towarzyszył drapieżny plemnik?

Brock Lesnar (w) vs. Goldberg [Singles match o WWE Universal Championship]

Nie spodziewałem się tu żadnych dłużyzn i otrzymałem tyle, ile się spodziewałem. Tak naprawdę wynik walki był zwyczajnie kwestią marketingową i zakulisową. Najwyraźniej to już koniec Goldberga i mamy się z tym pogodzić. Super było zobaczyć Speara przez barykady, ale jednak wrażenie znajomości dwóch ruchów ze strony obu Panów, sprawiło że walką tą byłem zwyczajnie mało zainteresowany i w gruncie rzeczy niezadowolony, szczególnie przychodząc po niej z nastawieniem wyciągniętym z poprzedniej walki. Ot starcie gigantów, ale niewiele w tym było prestiżu.

Alexa Bliss vs. Becky Lynch vs. Carmella vs. Mickie James vs. Naomi (w) vs. Natalya [6-Pack Challenge o Smackdown Women’s Championship]

6 kobiet. Żadna nie dostała średnio nawet minuty. Podejrzewam, że do samego końca zastanawiano się, czy ta walka się w ogóle odbędzie. Dobrze, że dostaliśmy chociaż te 5:33, no ale cóż… za wiele nie można było w tym czasie pokazać. Mimo to jednak Panie nie zawiodły i pomimo tak ograniczonej ilości czasu zaprezentowały się nam z jak największej strony, oferując nam świetne tempo i wykonanie (no może oprócz podwójnym Sharpshooterem Natalyi). Każda pokazała coś od siebie i nikt w całym tym chaosie nie wyglądał słabo. No może oprócz Ellswortha, ale nigdy nie było inaczej. Naomi wygrała, co dało nam feel-good-moment dla miejscowej dziewczyny, przygotowując nas na to, co miało dojść w main evencie.

Roman Reigns (w) vs. The Undertaker [No Holds Barred Match] 

Zanim przejdę bezpośrednio do walki wieczoru. Jej komentatorem był Jim Ross i należy mu się za to ogromny szacunek. Pomimo niedawnej tragicznej śmierci żony, JR – bezwzględnie najlepszy w swojej dziedzinie – zasiadł za stołem aby pożegnać starego przyjaciela.

Tylko dlaczego pożegnać właśnie teraz? Wszyscy zapewne już wiecie, skoro zasiedliście do recenzji – Undertaker przegrał i pozostawił w ringu swój płaszcz, kapelusz i rękawice, symbolizując nam koniec kariery. Pożegnanie piękne, ale przyszło bez zapowiedzi, a na to Undertaker nie zasłużył. Persony takie jak Ric Flair czy Shawn Michaels swoje finalne potyczki odbywały w chwale i atmosferze powagi. Tutaj feud rozpoczął się na Royal Rumble i praktycznie nie rozwinął. Moim problemem nie jest Roman Reigns, nie jest też jakość meczu (swoją drogą, już naprawdę widać, jak bardzo Mark się postarzał). Boli mnie tylko, że walka ta była antyklimatyczna, nie okazała ona szacunku największej legendzie branży. The Undertaker zwyczajnie przegrał z młodym, silnym psem i niczym zbity czworonóg opuszcza swój teren. Przykre to. Bardzo.

Dziękuję za wszystko.

Ocena: 6/10

Czy warto było zapraszać znajomych? Ależ oczywiście że tak, galę ogląda się zdecydowanie lepiej. Czy warto było przygotowywać żarcia na całą noc? Pewnie że tak. Nasze brzuchy rano czuły się beznadziejnie, ale z resztek był świetny obiad. Czy na tą konkretną galę warto było się nastawiać przez cały rok? Chyba nie. Za dużo tu błędów, potknięć i złych wyborów. Wiele wykrystalizuje się jutro, ale o poranku, gdy ferwor bitewny opadł w naszych ustach oprócz słodyczy dobrej zabawy, pozostał jednak jakiś niesmak.

 

  • Michał Matyjewicz

    Genialny był ten żart o drapieżnym plemniku