Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 28/03/2017

WWE po raz ostatni spróbowało pochwycić naszą uwagę i zaciągnąć do obejrzenia Wrestlemanii. Czy dzięki SmackDown „The Ultimate Thrill Ride” zapowiada się na szaloną i emocjonującą jazdę?

AJ Styles, Daniel Bryan & Shane McMahon Promo

Po raz kolejny SmackDown rozpoczęli głównodowodzący – Shane i Daniel. Dwa tygodnie temu, to ten pierwszy ucierpiał z powodu AJ’a, tydzień później to Styles leżał na rozbitym stole komentatorskim, tym razem natomiast obyło się bez rękoczynów. Po wstępie Bryana panowie przedyskutowali swoje animozje i podpisali kontrakt na najbliższą walkę. Sporą część rozmowy zajęło wychwalanie AJ’a z jednoczesnym, jednostronnym potępieniem jego arogancji. Styles zwrócił też uwagę na to, że ich walka nie zawiera żadnych modyfikacji, będzie to najzwyklejszy mecz singlowy, a to oznacza, że nie będzie miał problemu z upokorzeniem McMahona. Wszystko prezentowało się dosyć tradycyjnie z oczywiście świetnie odegraną rolą AJ’a. Na sam koniec Stylesowi zaoferowano uścisk dłoni jednak ten, w swej heelowej manierze odmówił. Ale powiedzmy sobie szczerze – facet robi 450 odbijając się od górnej liny – ludzie i tak będą go kochać.

 

MIZ TV + Total Bellas Bullshit

Nie ma co ukrywać – MIZ TV, kiedyś zwykły wypełniacz czasu, teraz stał się jednym z najważniejszych punktów każdej gali. Segment rozpoczął się krótkim wprowadzeniem ze strony Miza i Maryse, a następnie zaprezentowano nam kontynuację parodii Total Bellas sprzed tygodnia. Już wtedy mówiłem, że trwało to za długo i trzeba było urwać w połowie. Tym razem znowu rozpoczęto dawką wczesnogimnazjalnego humoru. Oprócz Cen’ie, Nikki i Brie oberwało się również Bryanowi, wyśmiewając jego wzrost, weganizm i klasyczne „YES”. Sprawy przyjęły jednak świetny obrót, gdy w pewnym momencie monolog fałszywego Johna, z głupawego bełkotu przerodził się w autentyczną próbę oczernienia jego dziedzictwa – motta „hustle, loyalty, respect”, klasycznego „you can’t see me” i całej relacji z jedną z bliźniaczek Bella. Na sam koniec Miz i Maryse zdjęli część przebrań i zapowiedzieli, że najsławniejsza para w dzisiejszym wrestlingu straci wszystko.

Wracamy do ringu, a w nim pojawili się nie kto inni jak Cena i Nikki. John wziął mikrofon do ręki i rozpoczęło się jedno z najlepszych promo tego roku. Cena werbalnie rozebrał całą działalność przeciwnej pary na części upokarzając ich na gruncie zawodowym („Nie mam pojęcia co robi tutaj Maryse, tylko marnuje przestrzeń) i prywatnym („Czepiasz się, że nie mamy dzieci. Ile lat wy jesteście po ślubie? Strzelasz ślepakami chłopie?”). Opisywanie go w bardziej skomplikowanych formach niepotrzebnie umniejszy surowej brutalności całego przemówienia. Miz i Maryse w obliczu wymierzonej w nich tyrady i zaproszenia do walki uciekli z godnością za kulisy pożegnani przeciętnym ostrzeżeniem od Nikki. Tak czy tak, cud miód.

Alexa Bliss & Carmella (w) vs. Becky Lynch & Mickie James [Tag team match]

Ojojoj, nie o taki chaos chodziło… Wszystko zaczęło się meczem pomiędzy Carmellą a Becky, które komentowały Alexa z Mickie. Panie jednak nie zgadzały się w pewnych kwestiach i już chwil kilka po rozpoczęciu pierwszej walki wszczęły bójkę. Bryan zareagował na to organizując natychmiastowy tag team match pomiędzy paniami. W jego trakcie do stolika komentatorskiego dołączyła Natalya. W wyniku aktywnego sabotażu jej, jak i towarzyszącego Carmelli Elswortha walkę wygrała drużyna Bliss. Wszystkie wrestlerki pochłonęła walka i nagle rozbrzmiał dźwięk motywu Naomi, która wyczyściła cały ring i oznajmiła, że weźmie udział w nadchodzącej walce o mistrzostwo. To był jeden z najbardziej antyklimatycznych powrotów jaki widziałem. Czemu była czempionka nie mogła wrócić bezpośrednio na Wrestlemanii? Przecież i tak nikt nie ogłaszał w tej walce konkretnych nazwisk. Tragedia. To nie był piękny chaos a bałagan z dziecięcych zabawek.

American Alpha, Heath Slater, Mojo Rawley & Rhyno (w) vs. Breezango, Dolph Ziggler & The Usos [10-Person Tag Team Match]

Zanim dane nam było obejrzeć potyczkę 5-osobowych drużyn do menedżera generalnego zgłosił się Breeze w zeszłotygodniowym przebraniu deklarując swoją gotowość do walki o pas kobiet. Daniel, jako że nie może walczyć nie z powodu ślepoty, zgrabnie odmówił, lecz zaoferował Breezango występ w Andre the Giant Memorial Battle Royal i powyższej drużynowej walce. Cały segment był sztampowo prosty, ale bardzo bawiła mnie na wpół udawana ekscytacja Bryana, dopingującego Tylera i Fandango niczym parę nieporadnych małych dzieci. Już chyba nie ma szans, żeby ten team został kiedykolwiek potraktowany poważnie.

Walka zaś była niestety dość koślawą promocją marnie zapowiadającego się memoriału Giganta. Najlepiej wspominam z niej Superkicki przerzucające przeciwników przez górną linę i jak zwykle pierwszorzędne Gore największego z uczestników. Reszta była raczej rozczarowująca, z dziwnym pushem (?) Mojo Rawleya, który finalnie przypiął biednego Breez’a.

Bray Wyatt (w) vs. Luke Harper [Singles match]

Oczekiwałem dosyć sporo po tej walce, jednak otrzymałem od niej trochę za mało. Mimo to bawiłem się świetnie, jako że Bray to mój ulubiony wrestler, a Harpera z pewnością można zaliczyć do zawodników, którzy na przestrzeni ostatniego roku rozwinęli się w największym stopniu. Zmiana wizażu Luke’a też wyszła mu całkiem nieźle. Wreszcie przestał wyglądać jak zapijaczony mechanik samochodowy z serca Luizjany. Panowie pokazali zdecydowaną większość swojego asortymentu, ale najważniejsze przyszło na koniec, gdy po otrzymaniu Big Boota i Discus Clothesline’a z ust Wyatta trysnął bliżej niezidentyfikowany czarny płyn. Harper wpadł w osłupienie, szybka Siostra Abigail, 1…2…3… koniec walki. Ciekawe rozwiązanie, może jednak zawrą trochę więcej wpływów ducha tajemniczej mentorki w działalności ringowej Braya.

Celebracja nie trwała długo gdyż na ekranie pojawił się Orton klęczący nad prochami Abigail. Randy postanowił zagrać w grę Wyatta i po pełnym atmosfery zagrożenia promo wbił laskę – symbol demonicznej władzy – w pozostałości po siostrze Braya, roztaczając przed nami obietnicę ultymatywnej bitwy pomiędzy Pożeraczem Światów a Żmiją. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie dodane na siłę efekty specjalne symulujące jakieś mistyczne efekty działań Randy’ego. Ale ignorując to – świetna robota.

Ocena: 6+/10

Chciałbym dać więcej. Naprawdę chciałbym, ale niestety jasno z gali wynika, że koniec końców tak naprawdę liczą się tylko trzy feudy a SmackDown stać na zdecydowanie więcej. Na WrestleManię patrzę jednak z umysłem pełnym nadziei. Będzie świetnie. Mówię Wam.