Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 28/02/17

W przeciwieństwie do wczorajszego RAW SmackDown nie musiało się aż tak bardzo spieszyć. Na jego drodze do Wrestlemanii nie stoi już żadne PPV, więc może sobie pozwolić na trochę większy oddech i bardziej przemyślaną budową fabuły. Ale czy Niebiescy wykorzystali swoją szansę?

Becky Lynch (w 2:1) vs. Mickie James [2-out-of-3-Falls Match] + Wywiad

Ostatnimi czasy zdarzało mi się narzekać na stagnację działań Mickie i Becky. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że tym razem pokazano nam coś, co rzeczywiście popchnąć może dywizję w dobrą stronę. Mecze, w których walczy się do 2 punktów są raczej rzadkością. Warto jednak zauważyć, że na przestrzeni ostatnich paru miesięcy, te ciekawe, z reguły dotyczyły kobiet. Istnieją niemalże stuprocentowe szanse, że wynik przyjmie format „2:1” i tak było również tym razem. Jako pierwsza punkt zyskała James, a gdy doszło do wyrównania na scenę wyszła SmackDown Womens’ Champion Alexa Bliss, aby klasycznie poprzeszkadzać. Wiadomo o co chodzi. Sędzia nie widzi przypięcia, Becky nie wygrywa. Gdy Mickie próbuje uderzyć, kłócącą się z Alexą przeciwniczkę, ta wykonuje unik i łokieć spotyka się z twarzą Bliss. 2 rollupy, The Disarmer i mamy po walce. Dostajemy w pakiecie całkiem niezłą walkę, jak i rozwój relacji pomiędzy całą trójką, a to zawsze wróży dobrze. Wydaje mi się jednak, że to James powinna była wyjść ze starcia obronną ręką, żeby jej relacje z Alexą wynikały nie z wzajemnego obwiniania a z zazdrości.

Po walce mogliśmy zaś zobaczyć wywiad z Alexą Bliss, mający przypominać przemówienie oscarowe i to był właśnie odpowiedni sposób na nawiązanie, a nie to co wysmażyło nam RAW. Przerwany został przez Natalyę, które wyliczając podobieństwa pomiędzy nią a Bliss i kończąc je ostrzeżeniem o teoretycznej zmianie pasa, najprawdopodobniej rozpoczął nowy feud. Życzę szczęścia.

MIZ TV + Wywiad

Miz TV dostarczyło nam jedno wielkie promo zapowiadające głośno oplotkowaną walkę Wrestlemanii pomiędzy parą John Cena i Nikki Bella a Miz i Maryse. Promo to zaś można rozbić na 4 sekcje odpowiednie dla każdej z postaci. Naturalnie John Cena i Miz poradzili sobie w swoich wyśmienicie. Ten drugi postarał się obsmarować The Face That Runs The Place błotem, wyrzucając mu hipokryzję w poczynaniach względem Hollywood i WWE. Jako jedna z niewielu osób kiedykolwiek odpowiednio użyła znanego „you can’t see me”, obracają je przeciwko Johnowi w „we can’t see you”. Ten drugi zaś wyliczył wszystkie elementy, które A-Lister ukradł od innych wrestlerów i potraktował go jak postać zwyczajnie poniżej jego poziomu. Poza tym zdanie „You’re not the Undertaker but if you press me again you’re a deadman” to czyste złoto. Świetna chemia i dialogi. Czas teraz na Maryse. Przez wiele miesięcy zastanawiałem się czemu blondwłosa żona Miza tak rzadko się odzywa. Teraz już wiem. Takiego drewna dawno nie słyszałem. Ciężko było się nie śmiać. A ten plaskacz mmm…. jak bardzo kiepskim można być w uderzeniu kogoś otwartą ręką? Oczywiście policzek nie mógł umknąć uwadze Nikki, która wybiegła zza kulis w pogoni za Maryse, jednak i ona i Miz dawno byli już za barierkami. Belli pozostało tylko powiedzieć „You mess with my man, I’m gonna break you, bitch, you know that?” Nic dodać nic ująć. Ponadto warto zwrócić uwagę na to jak podekscytowani wspólną pracą są John i Nikki. To zwyczajnie słodkie.

Oczywiście nie można tej walki oddać przed Wrestlemanią, ale warto już przedstawić czego można będzie oczekiwać w ringu. Dlatego późniejszy wywiad Belli i Ceny przerwali James Elsworth z Carmellą zwyczajnie, gówniażersko naśmiewając się z pary. Trzeba przyznać, że humor bazował na niezbyt wyszukanych schematach w stylu „nie jestem Twoją dziewczyną”, czy „wszystko w tobie jest sztuczne” sygnalizując powiązanie tekstu z piersiami Nikki, ale w tym akurat wypadku #mnieśmieszy. Poza tym, dzięki temu, w przyszłym tygodniu zobaczymy jak jedna para miażdży drugą. Chyba nie muszę mówić która?

Curt Hawkins vs. Dean Ambrose (nie rozpoczął się) [Singles match]

Nikt nie spodziewał się takiej walki dlatego od początku prawdopodobnym było, że i tak nic z niej nie wypali. Dean wszedł do ringu, zastosował Dirty Deeds zanim rozbrzmiał dźwięk dzwonu i kompletne zignorował opuszczającego ring Curta. Jego jedynym celem było wywołanie Corbina i mała wymiana ciosów. Traf chciał jednak Baron, że postanowił nie przystawać na jego propozycję, więc jedynce co dostaliśmy to naprawdę nudnawe promo, poprzetykane „szalonymi” żarcikami Ambrose’a. Troszkę się zawiodłem.

Apollo Crews vs. Dolph Ziggler (w) [Chairs match]

Co, widzicie Crewsa, to już myślicie, że będę pluł jadem? O nie, nie, nie tym razem. Bardzo przyjemnie zaskoczył mnie przedmeczowy atak Apolla i ogólno-pojęta agresja całej walki, połączona z użyciem krzeseł, której wynikiem było świetne widowisko. Dolph i Crews coraz lepiej rozumieją się w ringu i potrafią wykorzystać swoje mocne strony. Plus również za zakończenie, w którym Ziggler rzucił Apolla tak, że krzesło wylądowało pomiędzy jego nogami. Pomeczowe okrzyki, że „radzi sobie z takimi klaunami każdego dnia”, również tylko pomogły całemu segmentowi.

AJ Styles (w) vs. Luke Harper [No.1 contender for WWE Championship singles match]

Cieszy mnie to, że Harper trafił do elity zawodników SmackDown. Od dawna należał mu się push i wizja możliwości poważnej walki na Wrestlemanii (na Ciebie patrzę Rowan), zapowiadać może jeszcze większy rozwój jego kariery. Bardzo dobrze, że trafił na AJ Stylesa, który niezmiernie pomaga każdemu wrestlerowi, którego spotka w ringu. Jego techniczne mistrzostwo wspiera Luke’a i sprawia, że wygląda zdecydowanie ciekawiej. W trakcie walki widać było, że nie wszystko się jeszcze między nimi dotarło, ale to tylko kwestia czasu. Pierwszy finish, był tym, który wiele osób przewidywało. Wygrana Stylesa przez błąd techniczny sędziego, który nie zauważył nogi Harpera na linach. Na szczęście w blasku powrócił do nas Shane McMahon i w stylu prawdziwie porządnego commisionera zadecydował o restarcie walki. Oczywiście AJ postanowił rozpocząć kłótnię z Shanem, którą skrzętnie próbował wykorzystać Harper, jednak tak jak w przypadku meczu kobiet z tej samej nocy, high kick trafił kierownika RAW. W finale tryumfy święcił Styles, a na kontynuację historii Luke’a przyjdzie czas w przyszłym tygodniu.

Bray Wyatt & Randy Orton Promo

Ok, co tu się stało? Czemu teraz? Na cholerę była całe to odrzucenie walki na Wrestlemanii? Co z AJ Stylesem?

Ale po kolei. Na ring wyszedł mój drogi Bray Wyatt i rozpoczął swój perfekcyjny werbalny proces z użyciem mikrofonu. Promo – jakim jest (świetnym) każdy widzi. Treść jest aktualnie mało ważna, bo musimy pędzić do tego co stało się potem. Na ekranie pojawił się Randy Orton, przebywający w samym sercu terenu Wyattów. Bray wpuścił go do swojego Królestwa a Randy – będąc naturalnie żmiją – postanowił spalić siedzibę WWE Championa wraz ze szczątkami i duszą jego ukochanej Sister Abigail. Tak jak zdecydował, tak zrobił i po wielu chluśnięciach benzyną i zapaleniu jednej zapałki wszystko stanęło w płomieniach a Bray wpadł w czystą rozpacz.

Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do zdrady Ortona, ale nie w tym momencie, nie z takim buildem. Zwyczajnie nic nie wskazywało na to, że to właśnie na tej gali nastąpi przemiana. Bardzo lubimy nieprzewidywalność, ale nie kiedy działa ona kosztem sensownego rozwoju scenariusza. Jedynym uzasadnieniem dla całej sytuacji było zwykłe „kiedy już do nich dołączysz, w odpowiednim momencie musisz ich wydupczyć”. To nie był odpowiedni moment. Burzymy świetnie zbudowany wątek i rozwiązujemy go najprostszym „on nie był z nimi od początku”. Jest to strasznie leniwe i rozczarowujące. Ponadto, na ten moment całe Royal Rumble można stłuc o kant stołu. To, że nie wiadomo czy AJ zawalczy w main evencie nie jest teraz atutem a jedynie tanim przedłużaczem fabuły.

Nie podobała mi się również praca kamery wymierzonej w Ortona, która wybijała widza z wczuwki uciekając się do tanich chwytów, takich jak nagłe zbliżenia. Randy też aktorsko się nie popisał, kontrastując z pełnymi naturalnych emocji reakcjami Wyatta. Mam nadzieję, że wynikiem tego wszystkiego będzie furia jakiej jeszcze u Braya nie widzieliśmy. Furia, która wymierzona zostanie w każdego kto się nawinie. Furia, która zmieni oblicze SmackDown i umocni Wyatta na bardzo długi czas.

Ocena: 7+/10

No i po raz pierwszy mamy remis. Obie gale zaprezentowały porównywalny poziom ogółu, mimo że SmackDown jak zwykle zmiażdżył RAW w kwestii jakości dialogów i rozwoju akcji….no może za wyjątkiem akapitów zaraz nad tym, a u Czerwonych zwyczajnie więcej się działo. Ale nie ma co ronić łez nad Sister Abigail. Nadchodzi Fastlane, kolejne cotygodniowe gale i związane z nimi recenzje. A ich nigdy za wiele.