Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 13/03/2017

Konsekwentny rozwój jest niezbędny do rozkochania w sobie publiczności. Czy tym razem SmackDown LIVE poradziło sobie z tym lepiej niż RAW?

Becky Lynch (w) vs. Natalya [Singles match]

Rozpocznijmy od jednej z dwóch walk żeńskich tego wieczoru. W przeciwieństwie do tej, o której opowiem później, ta miała sens. Becky i Natalya zaprezentowały nam porządną walkę, którą po efektownej serii ruchów prowadzących do Dis-arm-her’a (tak, tak to się pisze) wygrała ulubienica tłumów. Żadnych większych błędów nie stwierdzono, ale i nie doświadczyliśmy żadnych rewelacji. Po walce obie panie zostały zaatakowane przez Carmellę co zaowocowało wprowadzeniem lekkiego chaosu w relacje wszystkich wrestlerek. Jako że w walce o pas wezmą udział wszystkie możliwe panie jest to rozwiązanie bardzo prawidłowe a nawet pożądane.

AJ Styles Promo

Przejdźmy teraz do klasycznego segment z rodzaju “promo”, w którego głównej roli wystąpił tym razem AJ Styles. Muszę przyznać, że biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności wydaje mi się, że wypowiedź The Phenomenal One nie mogła być lepsza. Próżno w niej szukać tak charakterystycznych dla wielu wrestlerów wyolbrzymionych emocji i pustych obietnic. AJ wyraźnie rozłożył wszelkie niesprawiedliwości, których doświadczył na czynniki pierwsze i wyciągnął wniosek, że najwyraźniej jego kariera w WWE może nie istnieć, skoro po wszystkim co zrobił nie dostał walki na Wrestlemanii. Pasja, historia, uczucia – świetna robota.

Alexa Bliss vs. Mickie James (w) [Singles match]

Do tej pory bawiliśmy się dobrze, czas na narzekanie. Czemu cała ta walka miała służyć? Rozumiem, że istniała ze względu na zeszłotygodniowy turn Mickie, ale czemu Bliss przegrała? Little Miss Bliss nigdy nie miała grać postaci dominującego czempiona, ale przegrywanie w każdym kolejnym meczu to już przesada. Jeśli nadal chciano przedstawiać Alexę jako tchórza, należało dać jej wygrać jakimś oszustwem. Poza tym cała walka była niedokładna a pomiędzy zawodniczkami nie było niemalże żadnej chemii.

A Very Special Miz TV

Po raz kolejny Miz TV dostarczyło nam sporo do obgadania. Tym razem żadnego rzeczywistego gościa nie było, więc to Maryse i Miz zajmowali się mikrofonem. Poruszone zostały głównie motywy relacji tej ostatniej z jedną z bliźniaczek Bella. Miała ona rzekomo zdradzić ją, gdy przyszło do podpisywania kontraktu z WWE. Ponadto oskarżona została o zazdrość o małżeństwo Maryse. Żona Miza nie była aż tak aktorsko beznadziejna jak w poprzednich tygodniach, ale i tak zbyt dobrze nie było. Segment przerwali John Cena i Nikki Bella, których pojawienie się natychmiastowo zmusiło gospodarzy show do odwrotu. Jednakże tym razem to The Fearless One była osobą, która zajęła się odbijaniem oskarżeń. Wiadomo było, do czego wszystko to prowadzi – walki. Jednakże Miz wraz z żoną jako rasowi heele odmówili potyczki przytykając Belli, że nie jest Johnem Ceną, więc nie będzie ustalać meczu.

Wtem na ring wyszedł Daniel Bryan i wygłosił świetne mowę, w której wyrzucił wszystkie krzywdy, które wyrządził mu Miz, włącznie z kradzieżą jego ruchów i wytykaniem mu, że już nie może walczyć. Następnie ogłosił, że na WrestleManii obie pary spotkają się w tag team matchu. Świetna sprawa, mam nadzieję, że generalny menedżer wystąpi w roli sędziego.

Atak AJ Stylesa na Shane’a McMahona

Już od dawna w WWE nikt nie rozbił komuś głowy o szybę auta, nie? Tym razem padło na niezniszczalnego Shane’a, którego w wyniku wszelkich niesprawiedliwości postanowił dopaść AJ Styles. Cały segment zdecydowanie skomplikowany nie był, bo ograniczał się do ataku i ochrony syna właściciela przez Fit Finleya. Mimo to daje mój kciuk w górę, bo mimo że wszystko było oczywiste, to cholera z przyjemnością się to oglądało.

Jakiś czas potem zobaczyć mogliśmy dosyć mierny segment, w którym Daniel Bryan zwolnił The Phenomenal One wyganiając go z pomocą krzyczącej ochrony. Śmieszne to i jakieś niewspółmiernie niepoważne do sytuacji.

Finałem całej sytuacji było krótkie zdanie wypowiedziane na scenie przez poobijanego Shane’a, w którym oznajmił, że skoro Styles chce przeciwnika na Wrestlemanię, to go sobie znalazł. Oj chyba słowa menedżera zrobiły się troszkę nieważne, nieprawdaż?

Dolph Ziggler vs. Mojo Rowley (w via count-out) [Singles match]

Wow… ależ to było nudne. Walka miała być swoistą reklamą Andre The Giant Battle Royale? Tak mi się wydaje, bo tylko o tym gadali, a wszystko sprowadzało się do przerzucania Zigglera przez linę to w jedną, to w drugą. W końcu Dolph po kolejnym wyrzucie postanowił, że ma dość i nie wraca na ring. Tak jak i dość mieli widzowie. Rozumiem ideę walki, pomysł na nią, ale ten pomysł był zwyczajnie cienki.

The American Alpha vs. The Usos (w) [Tag team match]

Najlepiej moje wrażenia z tej walki może opisać fakt, że niewiele z niej pamiętam. No, może poza tym, że Gable i Jordan po raz kolejny zostali przedstawieni jako zdecydowanie zbyt silni. Tu już nawet nie chodzi o to, że ich nie lubię. Charyzma tego tag teamu sprowadza się jednak do krzyków i ściągania ramiączek od stroju, a to zdecydowanie nie wystarcza. To w jaki sposób wygrali bliźniacy Uso zostało przeze mnie potraktowane już nie jako oszustwo a przechytrzenie dwójki przygłupich siłaczy. Walki z udziałem czempionów nie powinny być mi obojętne.

Randy Orton & Bray Wyatt Promo

Na sam koniec pozostawiłem sobie to, co Tygrysic lubi najbardziej, czyli wszystko co związane z Brayem Wyattem. Tym razem zanim zobaczyliśmy Pożeracza Światów na scenę wyszedł Randy Orton by wytłumaczyć, dlaczego posunął się do spalenia domu byłego przywódcy. Argument w stylu “RKO to za mało” w miarę do mnie przemawiał, ale całe promo niczym się specjalnie nie wyróżniało. Role się odwróciły i to Bray pojawił się na ekranie obserwowanym przez Ortona. Wyatt przestrzegł Żmiję przed tym co na niego czeka, oznajmiając że teraz duch zrodzonej w piekle Siostry Abigail żyje w nim. Następnie wziął jej prochy i zaczął się nimi nacierać. Świetna sprawa, czego jak czego, ale tego SmackDown nie psuję. Chcę więcej i więcej.

Ocena: 6/10

SmackDown LIVE zaoferowało mi parę elementów, które rzeczywiście mi się podobały. Problem w tym, że tylko jeden z nich był związany bezpośrednio z walką, a taki stan utrzymywać się nie może.