Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 02/05/2017

Po bardzo zadowalającym PPV i porządnej, następującej po nim gali RAW, SmackDown stanęło naprzeciwko wysoko postawionej poprzeczki. Czy udało mu się ją przeskoczyć, a może w locie zahaczyło o nią i wyrżnęło w ziemię?

Przywitanie Chrisa Jericho

Komu, jak komu, ale Chrisowi Jericho należy się oficjalne przywitanie w szeregach SmackDown LIVE. Dokonał tego nie kto inny, jak Shane McMahon, który zaprosił Y2J’a do dołączenia do niego w ringu. Chris jako jeden z naczelnych przedstawicieli face’ów z dużo dozą miłości przywitał się z fanami i obdarzył ich najwspanialszym prezentem – The Gift of Jericho. Następnie przemianował SmackDown na Chris Jericho Show, co zdecydowanie nie spodobało się dwójce panów za kulisami. Najpierw na scenę wyszedł AJ Styles i w tym momencie rozpętała się batalia fanów, kto głośniej będzie skandować imię swojego faworyta. Miło słyszeć, że coraz cichsze areny nadal potrafią wybudzić się z letargu. The Phenomenal One przypomniał wszystkim, że gala niebieskich to „House That AJ Styles Built” i  że z miłą chęcią zdejmie pas z ulubieńca tłumów. I gdy już  za wszelkie formy braku respektu Styles miał zostać wpisany na Listę, zza kulis wyszedł Kevin Owens, z obrzydzeniem odnoszącym się do całego promo i zapowiadający masakrę, która czekać miała na Y2J’a w walce wieczoru. Bardzo solidny segment. Z takimi tuzami nie mogło się nie udać.

Jinder Mahal (w) vs. Sami Zayn [Singles match]

Muszę przyznać, że ciężko mi ocenić taką walkę. Z jednej strony ktoś taki, jak Jinder Mahal wreszcie dostał szansę na walkę singlową trwającą ponad 10 minut. Z drugiej jednak obserwując jego ringowe zachowanie boję się o przyszłość jego, jak i jego przeciwników. Chwaliłem wcześniej agresywność jego stylu, jednak z każdą, coraz dłuższą walką widać, że agresywność ta zdecydowanie nie idzie w parze z bezpieczeństwem. Jinder wydaje się zwyczajnie nie dbać o zdrowie drugiej strony. I niby wszystko co robi wygląda naprawdę brutalnie, ale już jego finisher wypada na tle tego bardzo licho. Dorzućmy do tego wszystkiego klasycznie wpieprzających się we wszystko braci Singh i mamy przepis, którego wynikiem jest wrestler, który pomimo coraz większych szans nie wypada w naszych oczach zbyt dobrze. Nie mówiąc już, że Sami przegrał po raz kolejny. Coś tu zwyczajnie nie gra.

Aiden English vs. Tye Dillinger (w) [Singles match]

Ej, ale o co chodzi z sutkami Aidena? Czemu on ma je wygolone wkoło aureoli? Co to za patent? Ale dobra, mniejsza o to. Z jakiegoś powodu zobaczyliśmy dokładną powtórkę tego, co bodajże dwa czy trzy tygodnie temu. English wychodzi na ring, śpiewa, przerywa mu Tye, spuszcza wpiernicz w ekspresowym tempie i kończymy zabawę. Tu na koniec Aiden wpadł jeszcze w jakiś atak histerii i niemalże płakał w ringu. Ja nie wiem co tu się stało. Nie chcę wiedzieć. Albo rozwińcie historię, albo tego nie pokazujcie.

Co do beznadziejnych elementów uprzejmie wspomnę o kolejnych dwóch zapowiedziach dla Lany i The New Day.  Ciekawe ile takich niezręcznych tańców musiała nagrać? To jakaś masakra jest…

Carmella & Natalya (w) vs. Charlotte Flai & Naomi [Tag Team match]

Wszystko rozpoczęło się od ataku na Charlotte w trakcie wywiadu przez nowe, heelowe trio. Klasyczna i efektywna metoda sprawienia żeby Ci źli, wyglądali na jeszcze bardziej złych. Z tego względu do późniejszej walki wyszła jedynie Naomi, która z początku samotnie musiała bronić się przed atakami przeciwnej drużyny. Dopiero w trakcie potyczki dołączyła do niej Flairówna aby niejako wyrównać rachunki. Sęk w tym, że drużyna heeli miała w formie osób towarzyszących Taminę i Ellswortha, i to ich wkład zadecydował o finalnej wygranej nowo-uformowanego sojuszu. Oczywiście na tym skończyć się nie mogło i heele rozpoczęły masakrowanie pokonanych. Wtem na scenę wyszła dawno niewidziana Becky Lynch i z początku zaczęła przyjacielsko witać się z oprawczyniami, by na końcu rzucić w nie Jamesem i rozpocząć walkę, która ona również przegrała. Z jednej strony cały ten segment przypieczętował siłę i powagę trio, z drugiej jednak wszystko to wydawało się strasznie chaotyczne, czemu nie pomagały kamery, które z jakiegoś powodu nigdy nie obserwowały tego, co trzeba i finalnie muszę przyznać, że zwyczajnie mi się to nie podobało.

Dolph Ziggler (w) vs. Sin Cara [Singles match]

Strasznie biedny ten Sin Cara. Poza ringiem koledzy w robocie go nie lubią, jego jedyny kumpel Kalisto odszedł na RAW, a widownia ma kompletnie w pompie wszystko, co jest przez niego prezentowane. Co prawda, najprawdopodobniej sobie na część nieprzyjemności zasłużył, ale tak czy tak aż głupio patrzeć, jak wszędzie jest tyrany. Cieszę się dlatego, że dostał wreszcie możliwość walki na SmackDown. Tak, może i była to walka trwająca poniżej 5 minut, tak nic nie wniosła do jego kariery, ale chociaż się pokazał i dostał trochę szansy ofensywy. Dolph za to utknął gdzieś w mid-cardzie i nawet pojawiający się tu i ówdzie Nakamura nie daje sobie rady go wyciągnąć. Niemniej jednak dobrze, że zawalczyli ze sobą. Może się coś z tego dla chociaż jednego rozwinie.

Mówiąc o mid-cardzie – Breezango dostało bardzo zabawny materiał wideo, w którym parodiując seriale policyjne Fandango i Tyler rozpoczęli świetnie napisaną dyskusję na temat swoich przeciwników z Backlash i zbrodni, które popełnili („‚-That’s Jaywalking. -That’s Jimmywalking too.”). Następnie, słysząc polecenie z radia ruszyli w ślad za osobą noszącą klapki i skarpetki. Kolejny dobrze wykonany kicz, któremu bardzo pomogły małe elementy, jak zdjęcie Ceny w tle z dopiskiem, świadczącym o nieznanym miejscu pobytu, czy linia śledztwa prowadząca przez zdjęcia innych tag teamów.

Chris Jericho vs. Kevin Owens [Singles match o WWE United States Championship]

Reigny trwające dwa dni z pewnością nie należą do najprzyjemniejszych. Jako że taktyka z Payback, skupiająca się na dłoni Owensa zadziałać już nie mogła, przyszło do zwyczajnego starcia, w którym górę wzięła zawziętość i furia Kevina. Inne nastawienie Owensa sprawia, że nie mogę powiedzieć, że obejrzeliśmy powtórkę walki z PPV. To wszystko było zwyczajnie, delikatnie inne. Do tego po walce Kevin zdecydowanie nie miał dość i spełnił swoją obietnicę z początku gali. Kolejne Pop Up Powerbomby i wbicie głowy zatrzaśniętej w krzesło, w róg ringu zmasakrowały Y2J’a gwarantując mu spokojny urlop na trasę ze swoim zespołem. Zastanawiam się tylko, czy cały ten motyw z przenosinami Jericho musiał wiązać się z przejęciem pasa? Wydaje mi się, że równie dobrze cała ta masakra mogła wydarzyć się na Payback, a Chris w chwale powróciłby po paru miesiącach, tylko że na SmackDown, bez dodatkowych obostrzeń formalnych. No ale cóż, dobre (a nawet i bardzo) to co dostaliśmy, więc życzmy Jericho powodzenia i szczęścia w tournee.

Ocena: 5/10

Trzeba przyznać, że SmackDown rzeczywiście mocno przyrżnęło w ziemię. Oprócz main eventu, elementu do niego prowadzącego i segmentu z Breezango nie można było w nim znaleźć nic wartegorec szczerego polecenia. Mam nadzieję, że to tylko jednorazowe potknięcie.