Recenzja z Tygrysicem: SmackDown 04/04/2017

RAW postawiło wczoraj poprzeczkę niesamowicie wysoko i tylko mały zbiór cudów mógłby uchronić SmackDown od porażki w walce o tytuł gali tygodnia. Czy niebiescy w ogóle podjęli rękawice?

Bray Wyatt & Randy Orton Promo

Tego, co stało się na WrestleManii nigdy nie można pozostawić bez słowa. Randy, wiedząc o tym, zwyczajnie musiał wyjść na ring aby pochwalić się swoim nowym pasem. Oczywiście, nie było to tak proste, jak u Brocka Lesnara, za którego wszystko mówił Heyman, ale wszystko potoczyło się zgrabnie, skupiając się na motywie, że to tak naprawdę Orton jest panem a Bray sługą. Taka zniewaga nie mogła pozostać bez reperkusji, więc na ekranie pojawił się Wyatt, obwieszczając że to tylko początek jego ery, a na Randy’ego czeka zagadkowy House of Horror Match. Mam jedynie cichą nadzieję, że nie będzie on przypominał Ambrose Asylum, bo tamta walka zdecydowanie nie poszła najlepiej (tak, wiem, pinezki były super). Randy wyzwał Braya do walki, po czym przywódca kultu zmaterializował się za plecami Vipera i rozpoczął swój atak, do którego wnet dołączył powracający Eric Rowan. Cieszy mnie, że ten rudobrody wielkolud znowu stanął w ringu WWE, bo wydaje mi się, że jest on zwyczajnie niedoceniany. Jego nowa maska wygląda naprawdę ciekawie i jestem autentycznie zaintrygowany tym, co stanie się z nim w najbliższej przyszłości. Aby wyrównać szansę zza kulis wyszedł Harper, który po zmianie imidżu coraz prędzej pnie się w hierarchii SmackDown. Cały segment zakończył się teoretyczną wygraną Randy’ego i Luke’a, co nie nastraja zbyt pozytywnie, szczególnie że oprócz pogarszania i tak nadszarpniętego imidżu Braya ciągnie się w dół też Rowana. Cała potyczka doprowadziła do walki wieczoru, o której jednak potem.

Curt Hawkins vs. Tye Dillinger (w) [Singles match]

Pamiętacie to co mówiłem wczoraj o wyzwaniach otwartych? Nic się nie zmieniło. SmackDown też musiało jakoś nową gwiazdę wprowadzić. Tym razem open challenge wystosował Curt Hawkins, którego oczom ukazał się ulubieniec tłumu – Tye Dillinger. Myślę, że Perfect Ten idealnie wpasuje się aktualny roster i ofiarowana zostanie mu możliwość rozwoju, której RAW by mu nie dało. Walka sama w sobie złączyła dwa pojedynki z wczorajszej gali czerwonych, bo do motywu wyzwania należy też dodać, że był to zwyczajny squash, tylko jeszcze mocniejszy niż ten pomiędzy Zaynem a Mahalem, bo nie trwał nawet dwóch minut. Tu przynajmniej miało to sens, bo w przeciwieństwie do Jindera nikt nie wierzy w możliwości Curta w nawet najmniejszym stopniu.

Debut Shinsuke Nakamury + Miz & Maryse promo

Spokojnie, wiem kto jest na obrazku. Zaraz do tego dojdziemy. Najpierw szybko o tym, co działo się przed niespodzianką. Na ring wyszli Miz i Maryse w przebraniach ze swojej niedawnej parodii Total Bellas i wyśmiali niedawne zaręczyny pary, określając je jako sztuczne i nic nie warte. Para naprawdę dobrze odgrywała swoje role i za pomocą prostych zagrywek nastawiała fanów w taki sposób, że nie wiadomo było czy są oni przeciwko Mizowi, czy rzeczywistemu Cenie. Za to należy się uznanie. Na sam koniec Miz i Maryse oświadczyli, że na ten moment żegnają się z WWE i jadą do Hollywood, przez co na jakiś czas się ich nie zobaczy. Pomysł bardzo ciekawy, jednak nie miał on jasnego rozwiązania, przez co sens całego segmentu był niewielki i pozostawiał więcej pytań niż odpowiedzi. Na szczęście to co stało się chwilę potem doprowadziło arenę do stanu euforii.

Na scenie pojawił się skrzypek, który po krótkiej solówce zapoczątkował motyw najbardziej oczekiwanego przez główny roster wrestlera świata. Tak, Shinsuke Nakamura to nowy członek SmackDown. Błagajmy na kolanach o walkę ze Stylesem. To będzie niesamowite, ja Wam to obiecuję. A jak wyglądał sam debiut? Jak klasyczne wyjście na dużym PPV. Dużo świateł, dużo efektów, instrument delikatnie nie stroił, ale nic się poza tym nie stało. Brak promo czy pierwszego meczu. Bądźmy jednak szczerzy – tyle w pełni nam wystarczyło.

Alexa Bliss vs. Naomi (w) [Singles match o SmackDown Women’s Title]

Żeby szybko pozbyć się klauzuli rematchu ponowna walka o pas odbyła się już na tej gali niebieskich i była to bardzo dobra decyzja. Mecz kobiet na WrestleManii nie dostał wiele czasu i dzięki temu pojedynkowi można było siłę Naomi przedstawić w trochę bardziej rzetelny sposób. Mistrzyni zwyciężyła Alexę pomimo objawów niedawno wyleczonej kontuzji, które eliminując jedno z kolan znacznie ograniczyła możliwości Naomi. Jedyne co mi w walce nie grało to zakończenie, w którym zaraz przed finałowym roll-upem, Bliss spróbowała przypiąć czempionkę od razu chwytając ręką liny co wyglądało na zwyczajnie głupie zagranie, patrząc na to, że sędzia wszystko widział. Pas nie zmienił właściciela. Mistrzyni wygląda silnie. Teraz to utrzymać.

Baron Corbin (w) vs. Dean Ambrose [Street fight match]

Mam takie przemożne wrażenie, że gdyby nie to, że walkę tych panów przeniesiono na pre-show, to tak właśnie wyglądałaby ona na WrestleManii. W końcu komu jak komu, ale to tym panom najbardziej pasowały wszelkie dodatkowe zasady umożliwiające użycie broni. Nie pogardzimy jednak taką potyczką na zwyczajnej gali szczególnie, że oglądało się ją naprawdę bardzo dobrze. Dean i Corbin mają, wydawać by się mogło, wrodzoną umiejętność do radzenia sobie z krzesłami czy stołami, więc wszystko wyglądało odpowiednio twardo i efektownie. Na koniec zaś wygrał Baron, co można najwyraźniej interpretować, jako zapowiedź kontynuacji ich feudu. Nie może się przecież zakończyć on na przegranej mistrza.

Shane McMahon & AJ Styles Promo

Jako że Shane nie miał możliwości przebicia kalibru wczorajszych ogłoszeń swojego ojca, bardzo słusznie postanowił on skupić się na pochwałach SmackDown. Miały one na celu niejako zareklamowanie gali gwiazdom z RAW, które tylko tu  będą mogły otrzymać niespotykane nigdzie indziej szanse. Wypowiedź przerwał AJ Styles, który po potyczce z generalnym menadżerem miał mu co nieco do przekazania, a był to w głównej mierze szacunek okazany uściskiem dłoni. Zanim jednak do tego doszło The Phenomenal One również potwierdził wielkość niebieskich, mówiąc że nie chciałby być nigdzie indziej, bo to on zbudował to miejsce. Cały segment wypadł bardzo pozytywnie, szczególnie w końcówce, gdy AJ zamarkował atak na Shane po czym z uśmiechem stanął w swojej pozie i pokazał, kto tu jest najlepszym wrestlerem. A teraz wrzućcie go do walki z Nakamurą. Bardzo proszę.

Bray Wyatt & Eric Rowan vs. Luke Harper i Randy Orton (w) [Tag team match]

No zobaczcie no. Niefajna ta maska? Mi się podoba. Ale ja nie o tym. Walką wieczoru był tag teamowy pojedynek, po którym spodziewać się mogliśmy wszystkiego. Niestety SmackDown wybrało opcję pogrążenia Rowana na przywitanie. Ja rozumiem, że Bray mógł przegrać i uciekać się do nieczystych taktyk, ale niech chociaż Eric wyglądana na siłę równą tej Harpera. Tutaj tego zabrakło i mimo że walka sama w sobie była bardzo porządna, a ucieczka Wyatta od RKO poprzez chwilowy blackout i teleportację była naprawdę ciekawa, to zwyczajnie się rozczarowałem. Przypięcie Rowana po Superkicku i RKO, to nie to, co miałem ochotę oglądać. Oklaski i ironiczne uśmiechy Braya po walce próbowały ratować sytuację, ale niestety nie wszystko się zawsze da.

Ocena: 6+/10

Dwa świetne debiuty i jeden marny powrót. SmackDown zdecydowanie stanęło do walki z RAW, jednak ewidentne błędy w bookingu najważniejszego feudu sprawiły, że nie można powiedzieć, żeby obie gale były w tym tygodniu na tym samym poziomie. A szkoda.