Recenzja z Tygrysicem: RAW 10/04/2017

Nadszedł Superstar Shakeup – okazja do stworzenia świeżych feudów, wykreowania nowych gwiazd i przyciągnięcia publiczności z wrogiego obozu. Czy RAW odpowiednio ugościło swoje nowe gwiazdy?

Miz, Maryse & Dean Ambrose Promo

Motyw Ceny, który rozbrzmiał na początku RAW był świetnym pomysłem na rozgrzanie publiczności. Szczególnie, że na scenie pojawili się… Miz i Maryse. Para w przebraniach Johna i Nikki zrobiła świetne wejście, nadając tempa dalszej części gali. To co zostało powiedziane w trakcie ich promo nie ma większego znaczenia, bo skupiało się na mieszaniu z błotem niedawno zaręczonych. Wszelkie żarty i inne tym podobne elementy nie były specjalnie porywające, jednak muszę oddać podziw za świetne spięcie klamrą fabularną przenosin A-Listera i jego żony. Ich wyjazd do Hollywood z poprzedniego SmackDown i powrót ze względu na bycie „zbyt sztucznymi” zwyczajnie zagrał jako historia w historii.

Potem na scenę wyszedł Dean Ambrose i muszę przyznać, że to co stało się potem było jedną z zabawniejszych rzeczy, w których ostatnimi czasy Lunatic Fringe uczestniczył. Żeby nie rozciągać i nie zdradzać za wiele, powiem tylko, że interkontynentalny czempion zwyczajnie pomylił fałszywki z oryginałami i po prostu przyszedł się przywitać, bo cieszy się, że kogoś tu po swoich przenosinach zna. Gdy jednak dowiedział się on, że to Miz i Maryse w przebraniach, niemal natychmiastowo poczęstował kolegę swoim Dirty Deeds, oficjalnie witając się z RAW.

The New Day vs. The Revival (w) [Tag team match]

Zamach na nogę Kofiego był bardziej poważny niż przypuszczaliśmy i w wyniku kontuzji nie mógł się on pojawić na gali. W jego zastępstwie Xavier i Big E przynieśli… dmuchaną, ucharakteryzowaną lalę. Ani to śmieszne, ani to sprytne, no cóż, ostatnio to definicja New Day. Po szybkim i nieciekawym promo na ring weszli zeszłotygodniowi rywale – The Revival. Woods i E pomimo zauważalnie większej agresywności, wywołanej utratą kolegi, nie byli w stanie pokonać Dawsona i Wildera, i po cudownej kontrze Midnight Hour w Shatter Machine świeże nabytki czerwonych wygrały walkę. Przyjemnie się oglądało, nie mam zastrzeżeń.

Przywitanie Curta Hawkinsa

Po co go tu w ogóle sprowadzać? Po co on w ogóle ma jeszcze miejsce w WWE? Hawkins wyszedł zza kulis przy wyraźnym braku zainteresowania widowni, wyraził bezwzględne oczekiwanie na komitet powitalny, wyszedł Big Show, ludzie się ucieszyli, Curtowi zrzedła mina (to było całkiem zabawne), potem dostał w zęby, Big Show wrócił za metaforyczną kurtynę. Kolejne, zmarnowane minuty mojego życia…

Austin Aries vs. TJ Perkins (w) [Singles match] + Backstage promo

Za kulisami, w trakcie wywiadu z Nevillem, przed kamery wpadł TJ Perkins, prezentując się jako pretendenta do obicia czempionowi buźki i wygrania pasa mistrzowskiego. Neville zareagował na to, uświadamiając Perkinsowi, że od czasu jego debiutu stał się pośmiewiskiem i jego persona zwyczajnie nie działa, a próbując dojść do mistrza musi najpierw zmierzyć się z Ariesem. Czempion zasiał w ten sposób, w Phil-Am Flashu ziarno zwątpienia, a Austin będący świadkiem całego zdarzenia nie otrzymał od TJ’a odpowiedzi na pytanie, czy wierzy w to, co mówi mu Neville. Segment teoretycznie dobrze wprowadzał nam motywy hell turnu, jednak straszliwie marne aktorstwo Perkinsa zabijało wszystko w zarodku.

Sama walka pomiędzy dżentelmenami, pomimo że odbieram ją jako pozytyw, była zdecydowanie za krótka. W przeciągu poniżej 5 minut Aries zdążył zdominować TJ’a, Neville odejść od stolika komentatorskiego i odwrócić uwagę Austina a Perkins zakończyć walkę w minimalnej liczbie ruchów. Po zakończeniu potyczki przemiana Phil-Am Flasha została przypieczętowana z pomocą ataku byłego czempiona na już pokonanym przeciwniku. Wszystko wypadło nieźle, ale przez długość miało się też wrażenie trzecioplanowości całego zdarzenia.

Hej, zapomnieliśmy, że w sumie Seth nie celebrował w zeszłym tygodniu swojej wygranej z Triple H’em. Rollins wyszedł na ring z pozornie smutnym nastawieniem, opowiadając o tym, że teraz, gdy tylko wyzdrowieje, Stephanie z pewnością nie będzie chciała go widzieć na RAW i najłatwiejszym wyjściem będzie spakować manatki i jechać do niebieskich.  Tutaj nastąpił twist i The Architect powiedział, że  bez względu na wszystko nie będzie szedł łatwą drogą i nie da się wyrzucić go ze swojego domu. Promo było naprawdę naturalne i dobrze się to oglądało. Wtedy na scenę wyszedł Kurt Angle, który z uśmiechem oznajmił, że tak długo jak on tu jest managerem zawsze znajdzie się dla Setha miejsce. Mam na razie wrażenie, że byłemu olimpijczykowi troszkę gorzej idzie w swojej roli niż Foleyowi, ale daję mu szansę. Chwilę po okazaniu wokalnego entazjazmu przez tłum na ring wpadł Samoa Joe i zaatakował Setha. Ten nie miał zamiaru się poddawać i stanął do walki, którą delikatnie próbował uspokoić Kurt (czekałem na jakiś Angle Slam). Za wiele z tego wszystkiego nie można wyciągnać, oprócz jednego – czekają nas między nimi naprawdę porządne starcia.

Charlotte Flair vs. Nia Jax (w) [Singles match]

Pomimo występu na WrestleManii Nia nadal nie sprawiała wrażenia wrestlerki na tym samym poziomie co trójka jej ówczesnych przeciwniczek. Jako że nadszedł czas na zmiany, to najprawdopodobniej ten mecz jest bezpośrednim wyznacznikiem momentu, od którego Jax będzie się teraz tylko powoli piąć w drabince, aż nie zdobędzie pasa mistrzowskiego. Jej wygrana z Charlotte nie była jednak wynikiem pięknej walki. Wszystko wydawało się bardzo wolne i ociężałe, pomimo, że już wiele razy panie udowodniły nam, że są zdolne do bardziej dynamicznych i skomplikowanych pojedynków. Teraz zwyczajnie zabrakło energii.

Finn Bálor (w) vs. Jinder Mahal [Singels match]

Patrząc na nazwiska walczących pytanie, które pojawia się w głowie, to nie „kto wygra” a „jak długo to potrwa”? Odpowiadam – poniżej trzech minut. Szkoda, że Jinder, którego ostatnio chwaliłem za agresję w stylu walki, nie potrafił tej agresji opanować i w ciągu 166 sekund zdążył zafundować niedawno kontuzjowanemu Finnowi wstrząśnienie mózgu. Ten od momentu feralnego uderzenia łokciem wyglądał na wyraźnie skołowanego, ale doprowadził pojedynek do prędkiego końca ku uciesze całej areny i za to należy mu się szacunek.

Szczęście Króla Demonów nie mogło trwać jednak zbyt długo, bo na ekranie, ku uciesze widowni, pojawił się Bray Wyatt, którego jak zwykle świetne promo można skrócić do trzech ustaleń. The Eater of Worlds jest teraz częścią RAW. House of Horrors Match odbędzie się na Payback. Bray będzie uważnie obserwował Finna. Powyższe zdjęcie cudownie pasuje do atmosfery, którą roztacza wokół siebie również Bálor i wprost nie mogę się doczekać nadchodzącego feudu. Martwi mnie tylko to, że Wyatt raczej go przegra, jako że wszystko to będzie drabiną dla Finna do powrotu na szczyt kariery. Hmmm.. może rolą Braya do końca działalności będzie pushowanie kolejnych babyfaców, bo jest jest tak przekonywującym heelem?

Sami Zayn (w) vs. The Miz [Singles match]

Nie dla wszystkich gwiazd debiut okazał się pomyślny. Wcześniej poniżony przez Ambrose’a Miz, przegrał walkę z Zaynem, pomimo użycia swoich klasycznych taktyk z wykorzystaniem żony. Jego występ na RAW miał świetne rozpoczęcie, ale potem było tylko gorzej. Nie przychylam się jednak do utyskiwań nad losem A-Listera, bo po pierwsze jego potyczka z Samim była naprawdę porządna, a po drugie jemu przegrana szkodzi zdecydowanie mniej, niż Zaynowi daje wygrana. Ogólny booking został więc całkiem zbalansowany, chociaż tak czy tak można się martwić o rozwój Miza w obozie czerwonych. Maryse i tak nikogo nie obchodzi, więc nic nie komentuję.

Roman Reigns & Brown Strowman Backstage

Zdecydowanie najbardziej pozytywnie odbierany segment wieczoru. W trakcie wywiadu odnoszącego się do walki na WrestleManii i teoretycznego wysłania Undertakera na emeryturę, gdy Roman mówił bez większego ładu i składu o szacunku jaki ma do Phenoma i o tym, że to on jest tu teraz The Big Dogiem, zaatakował go Braun Strowman, który postanowił zorganizować mu wycieczkę po zapleczu gali. Reigns brzucany o ściany, bramy, na skrzynię, stoły itd. Gdy medycy zapięli go na noszach, gigant zrzucił go na nich podestu ładunkowego. Na sam koniec zaś po włożeniu Romana do ambulansu, Braun zaatakował go w wehikule a następnie wyszedł i powoli acz skutecznie przewrócił karetkę na bok. No cud, miód i orzeszki. Nawet nie chodzi o to, że Reigns oberwał. Po prostu strasznie dużo było w tym zabawy.

Cesaro, Sheamus & The Hardy Boyz (w) vs. The Club & The Shining Stars [8-Person Tag match]

Jeśli w tym momencie jest jakiś sposób na sprawienie, aby cała widownia wpadła w euforię, to jest to wysłanie na ring braci Hardy. Cokolwiek nie pojawiłoby się teraz na RAW, jeśli wezmą w tym udział Matt i Jeff to będzie to gwarantowany sukces. Tak było też z tą walką. Oczywiście nie mam zamiaru być niesprawiedliwy w stosunku do reszty drużyn. Wszyscy poradzili sobie w pełni zadowalająco – Cesaro i Sheamus bawili jak zwykle, The Club starał się być jak najbardziej „złodupny” i bezpardonowy a The Shining Stars starali się wpleść jak najwięcej swojego kunsztu technicznego (który stoi na zdecydowanie niedocenionym poziomie). Cóż można rzec więcej – tak trzymać.

Byłbym zapomniał, wiecie jak sprawić, żeby czyiś debiut pozostał niezauważony? Niech przejdzie sobie w tle w trakcie wejścia The Hardy Boyz. Nie, nie stał się dzięki temu tajemniczy. Nie, mroczny też nie. Enigmatyczny również nie. Przykro mi Eliasie Samsonie, szkoda Cię.

Womens’ Division Promo

Postawmy sprawę jasno – rewolucja żeńskiej dywizji miała na celu uczynienie jej czymś poważnym, to nie ma być jedna wielka drama, a do tego zaczyna się to sprowadzać. Problem jest na tyle silny, że delikatnie odechciewa mi się relacjonowania tego. A więc tak ekhm… Bayley cieszy się swoim sukcesem na WrestleManii i dziękuję za niego fanom. Sasha jej gratuluję, jednak mówi, że tamten czas się skończył i teraz ona ma chrapkę na pas. Tu wszystko delikatnie się zmieniło, bo weszła Alexa Bliss, która po pierwsze sprawiła, że widownia trochę żywiej zareagowała, a po drugie wprowadziła do całej kłótni kapkę… zabawy. Nie traktujemy Bliss w pełni poważnie, nie bo uznajemy ją za zwykłą gówniarę, tylko bo jest ona ciekawą acz mocno przerysowaną postacią. Pozwalamy sobie na pewien dystans a jednoczesne wejście w wir wydarzeń… Niestety, kiedy wir zaczął nas porywać, na scenę wyszła Mickie James, przywitana niemalże ciszą. Jej persona mocno się odcina. Weteranka wygląda jak samotna mamusia próbująca spędzić czas z o połowę młodszymi nastolatkami. Aż się człowiek cieszył, gdy Nia Jax wbiła ją w ziemię. Następnie Bliss popchnęła Sashę w stronę gigantki i rozpoczęła się jatka, z której zwycięsko wyszedł nie „sojusz”, lecz „wzajemna tolerancja” Alexy i Nii. Finisz niezły, ale niemal wszystko co do niego prowadziło tragiczne.

Zostając przy kobietach – mieliśmy również okazję zobaczyć rozmowę pomiędzy Emmą a Daną Brooke. Ta pierwsza, chciała przyjąć drugą z powrotem na pozycję swojego przydupasa, lecz spotkała się z odmową. Przy okazji była protegowana wytknęła niedawny kryzys tożsamości Emm(alin)y. Wszystko było dosyć proste i sprowadzało się do wykonania maluteńkiego kroczku w historiach obu pań, ale zajęło to tak niewiele czasu, że nie mam tego za złe – te wrestlerki też trzeba jakoś rozwinąć.

Dean Ambrose (w) vs. Kevin Owens [Singles match]

Dawno nie widzieliśmy żadnej walki dwóch posiadaczy pasów. Myślę, że przydałby się taki konflikt, troszkę tego brakuje. Niemniej jednak nie ma co narzekać, trzeba cieszyć się tym co dostaliśmy, a dostaliśmy niemalże 15-minutową potyczkę pomiędzy Owensem a Ambrosem – dwoma niepokornymi chłopcami WWE. Otrzymaliśmy dokładnie to czego mogliśmy się spodziewać, czyli porządny pojedynek, bez wielu niedociągnięć, jednak niczym też specjalnie niepowalający. Widownia stała jednak murem za swoimi faworytami i dzięki temu wszystko miało naprawdę niezłą atmosferę. Finalnie, Dean wygrał czysto przy użyciu (o ironio) Diry Deeds, ale nie był to koniec kryzysu Owensa, bo za chwilę na scenie pojawił się ulubienie tłumu – Chris Jericho. Y2J wszedł do ringu, wykonał Codebreakera i niczego więcej już nie potrzebowaliśmy. Satysfakcjonujący koniec pomaga każdej gali.

Ocena: 7/10

Jak widać, jakość gali względem poprzedniej wyraźnie spadła, co nie znaczy jednak że było źle. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że sam segment ze Strowmanem wystarczył za uznanie RAW wartym obejrzenia. Nie jestem zachwycony, ale specjalnie rozczarowany też nie. Czekam teraz na trochę stabilizacji i zobaczymy co z tego wyjdzie.