Recenzja z Tygrysicem: RAW 06/06/2017

Idea RAW na dzień po PPV wydawać się może trochę siermiężna, no ale cóż… tygodniowy content musi działać.

Powrót Chrisa Jericho

Na Fastlane wszyscy z olbrzymim entuzjazmem przyjęli pojawienie się Chrisa Jericho. Tym razem było nie inaczej. Y2J stanął na środku ringu wywołując Kevina Owensa zza kulis, w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. Wczorajszy przegrany skrzętnie i całkiem logicznie wytłumaczył, że Chris był jedynie narzędziem a ich przyjaźń to fałsz. Gdy Jericho zaakceptował mecz Kevina za niego, miarka się przebrała i Owens postanowił pozbyć się Chrisa. Materiał na emocjonujący feud i walkę na Wrestlemanii gotowy. Oczywiście wszystko nie mogło się skończyć jedynie na wyjaśnieniach. Jericho wyzwał Kevina do walki i w przeciwieństwie do swoich częstych praktyk, tym razem Owens przyjął zaproszenie, wparowując na ringu. Wszystko potoczyłoby się dość klasycznie, gdyby pomiędzy liny nie wpadł nagle Samoa Joe a zaraz po nim Sami Zayn. Swoją drogą bardzo mi się podobało, że Kanadyjczyk od razu wyleciał na scenę z krzesłem. Mała rzecz a cieszy.

Kevin Owens (w) vs. Sami Zayn [Singles match]

Nie chciałem się specjalnie o to czepiać, ale czy ci panowie nie mieli już przypadkiem więcej ze sobą nie walczyć? My naprawdę mamy w miarę niezłą pamięć i jeszcze nie zapomnieliśmy. Mimo wszystko to co Kevin i Sami pokazują w ringu, sprawia że ciężko się na to denerwować. Oboje świetnie się w ringu uzupełniają i zapewniają widzom wrestling na najwyższym poziomie, o którym nie można powiedzieć nic złego. Szkoda, że Zayn cały czas musi przegrywać. Najwyraźniej porównania do Dolpha Zigglera mogą być ciut uzasadnione. Czy żeby Sami zaczął wygrywać, potrzebny mu jest heel turn?

Neville (w) vs. Rich Swann [Singles match o Cruiserweight Championship] + wywiad Austina Ariesa

Może i nie jest to mecz którego po walce z Gallagherem potrzebowaliśmy my, ale z pewnością był to mecz, którego potrzebowało RAW. Spora dawka widowiskowych ruchów, masywnych kopnięć i zachwycającej akrobatyki. Zwycięstwo Neville’a było dość oczywiste, ale nie wszystko zawsze może być zaskoczeniem. Ono przyszło po walce.

Swój klasyczny wywiad w ringu ze zwycięzcą postanowił przeprowadzić Austin Aries. Jego niemal nieskończona charyzma i arogancka persona przyciągają tłumy, a szczególnie takie jak w domu CM Punka – Chicago. Rozmowa z mistrzem Cruiserweightów przybrała niespodziewany obrót, gdy rozmawiając o ewentualnych pretendentach do pasa z areny wydobyły się głośne okrzyki „AUSTIN ARIES”. Nevillowi się to nie spodobało i postanowił on sprowadzić komentatora do ziemi, odsyłając go do jego stanowiska, lecz nagle The Greatest Man That Ever Lived uderzył mikrofonem samozwańczego króla Cruiserweightów i z pasją zdarł z siebie górną część garderoby ogłaszając wszem i wobec swój powrót do walki. Witaj w domu Aries.

Big Cass & Enzo Amore vs. Karl Anderson & Luke Gallows [Tag team match o RAW Tag Team Championship]

Juhuuuu, po raz kolejny ta sama walka, tylko z cotygodniowym, nowym, jednym elementem. Tym razem w trakcie meczu przyjrzeć się akcji postanowili Cesaro i Sheamus. Pech chciał, że w euforii swoich wyczynów Enzo wylał na The Swiss Supermana jego kawę. Nooooo i się zaczęło. A mówiąc to, mam na myśli zwyczajne bicie się każdego z każdym i wygraną drużyny Big Cassa przez dyskwalifikację. Paaaasjonujące. Na marginesie jednak dodam, że para obcokrajowców coraz lepiej razem wygląda. Z jednej strony dwójka ta powinna walczyć osobno o najważniejsze pasy, ale tak czy tak z niecierpliwością czekam na ich porządne panowanie z mistrzostwem wokół talii.

A, byłbym zapomniał, po meczu otrzymaliśmy małe nagranie zza kulis, w którym Mick rozdzielając drużyny oznajmia, że w przyszłym tygodniu zawalczą one o szansę zdobycia pasów na Wrestlemanii. Wszystko zakończyła bardzo niefortunnie, seksualnie nacechowana wypowiedź obserwującej całe zajście Stephanie McMahon „You want to have a nice day Mick? Then follow me to my office right now.”. No ciężko się nie zaśmiać.

Brock Lesnar & Paul Heyman & Goldberg Promo + Wywiad Triple H’a 

A więc nadszedł czas na kolejne, pełne napięcia segmenty zapowiadające walkę Goldberga z Lesnarem? No cóż…tym razem niezbyt się udało. Po raz kolejny cała gadanina spoczęła na barkach Heymana, a rola Brocka zredukowana była do okazjonalnych uśmieszków i bycia umięśnionym. Paul oznajmił, że jego klient chciałby zaoferować podanie ręki w ramach uznania. Do umiejętności Heymana nie mogę mieć zarzutów, no ale przecież wiemy, że nie o to chodzi. Ktoś komuś musi sprzedać finishera. Tym razem padło na Lesnara, który wykorzystał odwróconą uwagę czempiona i zaserwował mu swoje klasyczne F-5. Nie jestem pewien czy nie wolałbym jakichś squash matchów dla obu dżentelmenów i braku ich interakcji do samego końca lub ostatniego RAW przed Wrestlemanią. Tak, to to zwyczajnie mało interesujące było.

Pod ten element gali podepnę też drugi segment skupiony wyłącznie na budowie historii. Otrzymaliśmy krótki materiał z przebiegu rehabilitacji Setha Rollinsa, a następnie Triple H uraczył widownię odpowiedziami na kilka pytań. Nie było to nic specjalnego, ale połączenie jakże wyraźnych determinacji i bólu The Architecta oraz irytacji i gotowości do drastycznych kroków The Cerebral Assassina dało nam naprawdę spory zastrzyk emocji w przeciwieństwie do tego co działo się w koło pasa Universal.

Akira Tozawa (w) vs. Ayira Daivari [Singles match]

Zadziwiające jak bardzo „over” wśród widowni jest Tozawa, pomimo teoretycznie braku starań WWE. Wystarczyła rzetelna praca w ringu, błysk w oczach i prymitywny okrzyk. Azjata jest wyraźnym dowodem na to, że żeby widownia Cię kochała, nie musisz mieć znanego nazwiska, pleców u Vince’a czy przejaskrawionego gimmicku.  Walka z Ariyą Daivarim należała do gatunku tych tylko i aż poprawnych. Żadnych rewolucji, ale i żadnych idiotyzmów. Po wygranej Tozawa wyzwał Kendricka do walki, a ten postanowił przyjąć przeciwnika na 205 LIVE, ostrzegając że lekcja piąta brzmi „uważaj czego sobie życzysz”. Tym ostatnim razem uznam całą akcje za pozytyw, jednak jeśli jeszcze raz powtórzą coś podobnego, to zwyczajnie mi się cała zabawa przeje.

The New Day (w) vs. The Shining Stars [Tag team match]

A propos przejedzenia. Dość już tych lodów i obłapywania lodziarki. Dość beznadziejnych żartów. Czas dać New Day trochę przerwy, a the Shining Stars nowy gimmick. Marnujemy świetnych wrestlerów i entertainerów. Wszystko w odpowiedniej formie potrafi być atrakcyjne dla widza, ale nie w przegiętej ilości. Mecz nie porywał, gag nie bawił. Po prostu szkoda.

Womens’ division promo

I czas na odcinek „Żeńskiej Rewolucji, która przerodziła się w telenowelę”. Nie tak powinno się traktować najlepsze żeńskie wrestlerki na tej planecie… i Danę Brooke. Wszystko zaczyna się sprowadzać do „okradłaś mnie z pasa”, „jesteś dwulicowa”, „ona nie jest twoją przyjaciółką”. Nie brzmi to jak dramaty z gimnazjalnych korytarzy? Niestety brzmi i w tej formie kobieca dywizja utrzymać się nie może. Do tego wszystkiego włącza się McMahon, której rola polega na umniejszaniu zawodniczkom i Foleyowi. A wynikiem tego wszystkiego jest co? Potyczka Bayley z Banks. O uczestnictwo Sashy w triple threacie na Wrestlemanii. Tak żeby je zmotywować do skłócenia. Świetne zagranie…

Bailey vs. Sasha Banks (w) [Singles match]

No dobra, promo było naprawdę kiepskie, no to może chociaż mecz będzie w porządku? Był w porządku. Ale tylko w porządku. Takie bardzo rozczarowujące „w porządku”. Niby mieliśmy ogrom warsztatowych umiejętności, niby mieliśmy znające się na wylot wrestlerki, niby mieliśmy udaremnioną próbę ingerencji ze strony Charlotte, ale i tak to wszystko wypadło delikatnie… nudno. Przyznaję się, że byłem niemal bliski przyśnięcia. Sasha wygrała, wszyscy się cieszymy, ciekawa walka szykuje się w Orlando, może jeszcze dorzucą Nię Jax.

Chris Jericho vs. Samoa Joe (w) [Singles match]

Nie jestem pewien czy ta walka to był dobry pomysł. W pełni rozumiem z jakiego powodu ją obejrzeliśmy, ale jej przebieg i wynik nie wpływa na pozycję Chrisa zbyt dobrze. Wiadomym jest, że Joe nie mógł przegrać czysto, ale z drugiej strony taka forma przegranej Jericho (nawet jeśli w formie count-outu) sprawia, że wygląda on dosyć słabo, szczególnie po tym jak urządził go Kevin Owens. Pas Stanów Zjednoczonych niestety nie pomaga, bo przez czas posiadania go przez Romana Reignsa stracił on swą wartość. Najlepszym wyjściem byłaby jakaś wersja zakończenia poprzez dyskwalifikację, a najlepiej nie urządzanie tego meczu w ogóle. Chris ma bezgraniczne poparcie publiczności, ale kolejne przegrane bardzo utrudnią mu dalsze przeboje i podboje fabularne.

Powrót Undertakera

Po bardzo dobrej potyczce na Fastlane odpowiednim byłoby znalezienie choćby połowicznie nowych przeciwników  dla Reignsa i Strowmana. Wydaję mi się, że dociąganie ich feudu do najważniejszej gali w roku nie ma zbyt wielkiego sensu. Niewykluczone, że tak też pomyśleli scenarzyści, choć wszystko jeszcze może się stać. Braun niezadowolony z wyniku swojej wczorajszej walki zażądał ponownej potyczki, jednak nie dane mu było zmierzyć się oko w oko z Romanem, bo na arenie wybrzmiał najsławniejszy na świecie gong zapowiadający przybycie Undertakera. Niezwykle spodobało mi się to, jak Strowman powoli wycofał się gdy The Deadman wszedł do ringu. Wiemy jednak, że nie o Brauna a o Reignsa cała ta afera. Roman nie był jednak pełen pokory i gdy dołączył do Undertakera pomiędzy linami miał czelność zwrócić mu uwagę, że to jego chciał Strowman, i że to teraz jego podwórko. Miejmy nadzieję, że chokeslam, zastępujący odpowiedź legendy, czegoś go nauczy. Świetny segment na zakończenie. Oby tak dalej.

Ocena: 6/10

Spójrzmy prawdzie w oczy, mogło być dużo lepiej. To co się dzieje z dywizjami tag teamowymi i kobiet powoli zmienia się w okrutny żart, a RAW nie jest w stanie się utrzymać tylko na singlowych pojedynkach mężczyzn. Parę RAW jeszcze przez sobą mamy, ale czerwoni muszą podkręcić tempo nadane przez Fastlane.