Recenzja z Tygrysicem: RAW 01/05/2017

Patrząc na to, jak bardzo spodobało mi się Payback, ciężko oczekiwać, żeby nadchodzące po nim RAW utrzymało ten poziom. Mimo to seans rozpocząłem z pozytywnym nastawieniem. Czy czerwoni utrzymali poziom? A może dostali zadyszki?

Apollo Crews (w) vs. Heath Slater [Singles match]

Jeśli chcecie zobaczyć coś nieśmiesznego, obczajcie promo Slatera, Rhyno, Crewsa i Titusa sprzed walki. Żarty o rozmowach o seksie z 4-letnim potomstwem i posiadaniu niewiadomej liczby dzieci to typowa pozostałość po czasach w wrestlingu słusznie minionych. W sumie to nawet dobrze, że O’Neil przerwał całą dyskusję aby przestrzec Apollo przed wrogami, bo nie trzeba było tego więcej słuchać…

Walka zaś była klasycznym niczym, które od poprzedniej walki Crewsa z Hawkinsem odróżniała jedynie długość. Równie dobrze mogłoby tego nie być. Jedynym pozytywnym elementem był zirytowany photobomb Rhyno po zakończeniu walki.

Koronacja Mistrzyni RAW

Wydaje mi się, że było to najlepsze promo kobiet tego roku. Alexa Bliss wyszła na ring, na którym czekał na nią cały roster kobiet RAW. Następnie rozpoczął się monolog, w którym Little Miss Bliss ogłosiła się boginią wrestlerek i zażądała koronacji. Potem oznajmiła, że musi podziękować części osób tu zebranych, co uczyniła względem Mickie James, wyrażając uznanie za wychodzenie na ring pomimo jej wieku. Następnie Sashy Banks za to, że gdyby jej nie pokonała, to nie dotarłaby tam, gdzie jest. Na sam koniec zostawiła zaś sobie Bailey kreując przed nią obraz płaczu jej członków rodziny po tym jak przegrała na Payback, jednocześnie oznajmiając, że teraz młodsza część jej familii będzie miała prawdziwy wzór do naśladowania. Oczywiście w tym momencie rozpoczęła się bitwa pomiędzy wszystkimi paniami, która zakończyła ten fantastyczny monolog, zdecydowanie warty obejrzenia.

Enzo Amore vs. Luke Gallows (w) [Singles match]

Kolejne klasyczne wyjście Enzo i Cassa połączone z małym występem komediowym, zostało przerwane przez Karla i Luke’a. Ich ataki nie są już niczym nowym, więc nie ma też co się na ich temat rozpisywać. Zaraz po nim rozbrzmiał gong i walkę rozpoczęli Enzo i Luke. Panowie pokazali wszystkie swoje zwykle prezentowane ruchy, po czym naturalnie walka musiała przejść do fazy, w której osoby towarzyszące poza ringiem musiały reszcie poprzeszkadzać. W wyniku tego Amore po raz koleny przegrał, co sprawia że z tygodnia na tydzień wygląda on coraz gorzej. Nawet gdy odnosi on zwycięstwa w tag teamach, to jest on stroną ciągle zbierającą baty. Z drugiej strony, gdyby to Gallows przegrał The Club nie miałby już jakiegokolwiek prestiżu. Te dwa tag teamy stają się dla RAW coraz cięższym orzechem do zgryzienia i nie zapowiada się na jakieś specjalne zmiany a to niedobrze.

Alexa Bliss, Alicia Fox, Emma & Nia Jax (w) vs. Bailey, Dana Brooke, Mickie James & Sasha Banks [8-Woman Tag Team match] 

Walka, w której każda z drużyn liczy sobie po cztery osoby zawsze skazana jest na niedobór stopnia wykorzystania wszystkich uczestników. No zwyczajnie nie da się sprawić, żeby każdy rzeczywiście miał coś do roboty. Tutaj udało się to w większym stopniu niż zazwyczaj i każda z pań chociaż na chwilę pojawiła się w ringu, żeby pokazać swój podstawowy atut (jak na przykład Northern Lights Suplex Alicii Fox). Z pomocą tej potyczki nie doszło do żadnego rozwoju linii fabularnych, ale jako widowisko sprawiło się to naprawdę nieźle a fakt, że finalnie to Alexa przypięła Bailey tylko pomógł. Nic specjalnego, ale zdecydowanie na plus.

Brian Kendrick, Noam Dar & Tony Neese vs. Akira Tozawa, Gentleman Jack Gallagher & Rich Swann (w) [6-Man Tag Team match]

To co się tyczy 4-osobowych drużyn, nie działa już aż tak mocno w przypadku 3-osobowych.Tutaj każdy mógł się popisać i rzeczywiście to robił. Wszyscy radzili sobie świetnie, choć w szczególności muszę pochwalić Swanna, którego na bieżąco za bardzo nie lubię. Tym razem cały niemalże płonął i pokazywał, że cruiserweight’ci w WWE mogą też trochę poszaleć. Face’y wydawały się dominować większość walki i na końcu to Gallagher z pomocą swojego dewastującego Dropkicka zakończył walkę. Widowiskowo, ciekawie, efektownie.

Intercontinental Championship Promo

Jako że Brock Lesnar zbyt chętny do częstych walk nie jest (co Dean w trakcie promo zgrabnie wypunktował), coś musi zastąpić jego miejsce jako główny motor napędowy feudów na RAW. Zacznijmy jednak od początku. Na ring wyszedł Seth Rollins, który po kolejnym znaczącym zwycięstwie uznał, że następnym krokiem po Samoańczyku i Królu Królów jest Bestia i jej Universal Championship. Jego miejsce w kolejce przyszedł jednak zakwestionować nie kto inny, jak Finn Balor, który oznajmił, że to jemu należy się szansa na zdobycie pasa, bo technicznie nigdy go nie przegrał a w finalnej potyczce o niego pokonał właśnie Architekta. Rozwijającą się kłótnię panów przerwał Dean Ambrose, który zaoferował się, że to o jego mistrzostwo wszyscy mogą powalczyć, jako że nie ma zamiaru być postrzeganym jako lenia. Na te słowa zareagował The Miz, który wraz  z małżonką przyszedł dołączyć się feudu. Jeden komediowy telefon do Kurta Angle później main event gali był już postanowiony. Trzech pretendentów zawalczy o prawo walki o Intercontinental Championship. Bardzo przyjemnie mi się to oglądało, głównie ze względu na bardzo porządne aktorstwo wszystkich uczestników z Ambrosem na czele, który wydaje się aż kipieć energią, nawet nie jako postać przez niego przedstawiana a facet zakochany w tym co robi. Aż miło takie rzeczy widzieć.

Później na przestrzeni gali Ambrose przeprowadził 3 wywiady ze swoimi potencjalnymi rywalami odnosząc się do najmocniej związanych z nimi aspektów. Przy Mizie wykorzystał jego zadufanie w sobie aby zamienić się miejscami z początkowo prowadząca z nim rozmowę Charlie. W trakcie wywiadu z Rollinsem odwoływał się do ich wspólnych doświadczeń, wyraźnie przekazując, że już raz dał się przez Architekta zaskoczyć i więcej nie ma zamiaru. Za to Finna nakarmił pączkiem, mówiąc że jego sześciopak wygląda niezdrowo, bo widzi już na nim żyłę. Król Demonów jako postrach wszystkich wrestlerów z klasycznym dla siebie dystansem łakocia ugryzł po czym grzecznie oddał. Świetna robota RAW, tak trzymać, to mi się podoba. (W międzyczasie pojawił się jeszcze Elias Samson a Ambrose pobujawszy wrócił do słodyczy.)

Cesaro & Sheamus Promo

Panie i Panowie mamy nowych heeli i coś czuję, że znajdą sobie oni w mym sercu wygodne siedzisko. Cesaro i Sheamus  wyszli na ring w nowych, świetnie wyglądających kurtkach (naszywki flagi Unii Europejskiej grzecznie przemilczę) i rozpoczęli jedno z bardziej zgodnych z prawdą promo od dawna. O co mi chodzi? A o to, że zwrócili oni uwagę na toczący fanów WWE problem. Dla większości kibiców najważniejszymi elementami gali są debiuty i powroty starych gwiazd. Nie ukrywam, ja również wyciągam z nich olbrzymią dawkę przyjemności. Skupiając jednak uwagę na nich omijamy to, co jest tu i teraz. Tak jak na WrestleManii, kiedy gwiazda kochanych przez tłumy Europejczyków została przyćmiona przez powracających braci Hardy. Gdy oni wyszli na scenę, niemal nikt już o Szwajcarze i Irlandczyku nie pamiętał, co sprawiło, że teraz skupią się oni na wynikach a nie na drodze do celu. Dodatkowo Panowie nazwali się The Bar od sformułowania „raising the bar” co można przetłumaczyć na Poprzeczkę. W polskim tłumaczeniu brzmi to nie najlepiej, ale oryginalnie jest jak najbardziej nieźle. Chwilę po zakończeniu promo na scenę wyszli mistrzowie dywizji tag teamów i spróbowali po szybkiej odpowiedzi zaatakować swoich byłych kolegów, jednak Ci szybko uciekli w tłum. Z tego będą jeszcze świetne walki, mówię Wam (żart o brakującym zębie Jeffa też).

Ciężkie rozmowy Kurta Angle

Gdy generalny menedżer RAW wyszedł na scenę aby zdać fanom raport z kondycji Reigna i Strowmana, prawdopodobnie nie spodziewał się, że stanąć będzie musiał oko w oko z Pożeraczem Światów. Ten z manierą najwspanialszych czarnych charakterów grzecznie mu się przedstawił, a następnie wyłożył swe plany ratowania dywizji na stół. Oczywiście ratowanie to miałoby się odbyć w dowolny dla Braya sposób (jaki, to wiemy wszyscy). Wyatt spytał się więc byłego olimpijczyka, czy ten zamierza mu na jego krucjatę pozwolić, czy może stanie mu na drodze. Jako legenda Kurt ogłosił, że gala czerwonych należy do niego, na co Bray odpowiedział, że może i tak, ale to jego świat. Oczywiście masa w tym kiczu, ale dokładnie takiego, jakiego lubię. Takiego, który niby traktuje się poważnie, jednak cały czas puszcza tą swoją bezwzględną powagą oko do widza.

Nie był to dla szefa koniec trudności, bo potem przyszli do niego The Golden Truth z prośbą ofiarowania im szansy walki o pasy mistrzowskie. Typowa komediowa sytuacja, w której każdy z nas się kiedyś znalazł lub znajdzie, gdy ktoś ze względu na Twoją pozycję prosi Cię o coś, na co niezbyt masz ochotę. By jakoś zadowolić swoich kolegów Kurt zdecydował, że na następnym RAW odbędzie się Tag Team Turmoil o miano pretendentów numer jeden. Wszystko to miało jakiś specyficzny urok zestawienia ze sobą starych kumpli, z których jednym poszło świetnie a drugim troszkę gorzej, jednak cieszą się swoją pozycją, a uroku nigdy za mało.

Austin Aries (w) vs. TJ Perkins [Singles match]

Gdyby Austin przegrał ten pojedynek czysto musiałby pewnie miesiącami wracać do pozycji, którą ostatnimi czasy sobie wywalczył. Jego walka z Perkinsem skupiona była więc nie wkoło wyniku a kwestii pobocznych, które prawdopodobnie będą miały wpływ na najbliższe tygodnie. Niemalże cała ofensywa podopiecznego Neville’a skupiała się na kolanie Ariesa, a gdy po w pełni zadowalającym pojedynku Austin okazał się zwycięski, młodzian ponownie zaatakował kolano przeciwnika i najprawdopodobniej doprowadził do niewielkiej kontuzji. Zobaczymy czy temat zostanie pociągnięty, przydałaby się dodatkowa postać na szczycie góry cruiserweightów. Niemniej jednak zobaczyliśmy porządną walkę. Nic dodać, nic ująć.

Finn Balor, Seth Rollins & The Miz (w) [Triple Threat match]

Po tych trzech zawodnikach nie można było spodziewać się niczego innego, jak niezwykle emocjonującej walki. Finn to absolutny mistrz techniczny, Seth świetnie implementuje kontuzję kolana do swojego stylu, a Miz jest klasycznym, tchórzowatym i aroganckim sobą. Z początku ten ostatni nie miał najmniejszych szans ustawicznie wykluczany z potyczki przez przeciwników. Finn i Seth wymieniali się natomiast kolejnymi razami i fantazyjnymi ruchami, po czym pomiędzy nich wkroczył Samoa Joe i wyeliminował Rollins z pomocą Ura-Nagi poza ringiem. Balor od razu wykorzystał okazję i skupił atak na Mizie, a gdy stanął na rogu pola walki, gotując się do finishera na arenie zapadła klasyczna ciemność, z której wyłonił się Bray Wyatt zrzucając Finna na środek ringu i wykańczając go z pomocą Sister Abigail. Mizowi nie pozostało nic innego jak położyć się na wrogu i stać się najbliższym przeciwnikiem Ambrose’a. Każdy ma teraz swojego rywala, walki będą się toczyć dalej, nam tylko czekać na to, co przyjdzie z czasem.

Ocena: 7+/10

Poziom Payback to zdecydowanie nie był, jednak nie mogę powiedzieć, żebym był rozczarowany. Nie można wszak było na zwyczajnej gali utrzymać takiego samego poziomu, jak na PPV. Z optymizmem czekam na więcej i trzymam za czerwonych kciuki.