Recenzja z Tygrysicem: Payback 2017

Payback nigdy nie kojarzyło mi się z PPV najwyższej jakości. Specyfika jego umiejscowienia sprawiała, że patrzyłem na nie, jak na popłuczyny po Wrestlemanii. Czy tym razem WWE udało się mnie zaskoczyć?

Chris Jericho (w) vs. Kevin Owens [Singles match o WWE United States Championship]

Nikt nie spodziewał się takiego wyniku. Wiedząc, że Chris Jericho wyrusza z Fozzy na trasę koncertową, wszyscy przewidywali zwycięstwo Owensa. Na korzyść Kevina przemawiał też cały jego program pt. „Face of America” z nowym strojem czy tym co wyświetlane na titantronie. Faktem jest jednak to, że PPV nazywa się Payback i zemsta rzeczywiście nadeszła. To była chyba najlepsza potyczka, jaką panowie stoczyli między sobą. Bezpośrednie nawiązanie do złapania się palcem liny z Wrestlemanii było mistrzowskie, a kolejne ataki na dłoń Kevina dodały całej walce poczucia z jednej strony sensu całej walki a z drugiej bardzo osobistego podejścia Chrisa. Gdy Owens, po raz kolejny w Walls of Jericho, nie mógł już ze względu na wyniszczoną rękę dociągnąć się do liny i pozostało mu tylko odklepać, tłum oszalał. Y2J jest nowym mistrzem i wyrusza na SmackDown LIVE, gdzie prawdopodobnie czeka go szybka utrata pasa, która nada tempa midcardowej sekcji niebieskich.

Austin Aries (w) vs. Neville [Singles match o WWE Cruiserweight Championship]

Nie cieszcie się tak. Żadnej zmiany pasa nie było. Tak jak można było się spodziewać, pojedynek, który zaprezentowali nam Austin i Neville był technicznym widowiskiem, któremu należy się ni mniej ni więcej, jak owacje na stojąco. Aries nadal porywa ze sobą widownię, a samozwańczy Król Cruiserweightów walczy najskuteczniej jak tylko może, przy jednoczesnym braku klasycznej dla wagi lekkiej widowiskowości. Finał, w którym Last Chancery zostaje przerwane przez Nevilla poprzez złapanie i szarpnięcie na Ariesa sędziego był całkiem zmyślny i bardzo pasował do ogólnego zarysu fabularnego walki. Podsumowując, mieliśmy przed sobą świetne show, które nic technicznie rzecz biorąc nie zmieniło.

Cesaro & Sheamus vs. The Hardy Boyz (w) [Tag team match o RAW Tag Team Championship]

Przez ostatnie 2 tygodnie RAW droczyło się z nami uściskami dłoni tych tag teamów po kolejnych walkach. Wiedziałem, że któraś z drużyn zyska po tej potyczce łątkę „heelów”, ale nie wiedziałem która. W trakcie samej walki nic jeszcze nie było specjalnie oczywiste. Obie drużyny radziły sobie świetnie, tak jak każdy wrestler z osobna, bez wyjątku (na Ciebie patrzę Matt). Z przyjemnością i zaangażowaniem oglądałem każdą minutę, ze strachem patrząc na kopniaka w twarz, który Sheamus sprezentował Jeffowi. Kiedy zobaczyłem że Hardy’emu brakuje zęba wiedziałem, że to nie byle jaki pojedynek. Do samego końca wszystko utrzymywało świetną formę, a gdy mecz się zakończył… wszyscy grzecznie podali sobie ręce (widać było bardzo przepraszającą minę Irlandczyka). Bracia, razem ze swoimi tytułami, weszli na rogi ringu… i wtedy rozpoczął się atak sfrustrowanych Cesaro i Sheamusa. RAW potrzebował dobrego heel tag teamu i myślę, że to właśnie ta międzynarodowa para może go nam zafundować.

Alexa Bliss (w) vs. Bayley [Singles match o RAW Womens’ Championship]

Gdybym był wrestlerem i miał walczyć w swoim domowym mieście, wziąłbym chorobowe. WWE lubuje się w przegranych na własnym terenie. Bayley nie była żadną ekscepcją. Z początku potyczka pań obniżyła delikatnie tempo, ustawione przez poprzednie walki i bałem się, że nie będę zbyt zadowolony z tego meczu. Jednak gdy to Alexa zdobyła inicjatywę wszystko się zmieniło i z przyjemnością przyjąłem większą dawkę agresywności i pędu. Po brutalnym wbiciu się głową w róg ringu przez Bayley wiedziałem, że to już koniec. Widziałem Vince McMahona śmiejącego się w głos na myśl o zawiedzionych fanach. Skłamałbym jednak, gdybym powiedział, że nie byłem z wyniku niezadowolony. Bliss wprowadzić może trochę świeżości. Serdecznie gratulacje, dla pierwszej kobiety, która zdobyła pasy zarówno SmackDown jak i RAW.

Bray Wyatt (w) vs. Randy Orton [House of Horrors match]

Gdy dowiedzieliśmy się, że potyczka na Payback odbędzie się w ramach House of Horrors match, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Przewidywania były najróżniejsze, a to co finalnie dostaliśmy było dość bezpiecznym i sensownym rozwiązaniem. Walka rozpoczęła się od przyjazdu limuzyną przez Ortona na teren tytułowego Domu Horrorów. Witający Randy’ego samojeżdżący traktor, od razu sprawił, że zacząłem się śmiać jak głupi, a potem było tylko lepiej. Atmosfera grozy została utworzona (a raczej miała być) przez wszechobecne w domu okaleczone i ucharakteryzowane lalki, mroczne montaże i ataki znienacka Braya. Wszystko to, oczywiście szansy przestraszyć widza nie miało, jednak to co wprawiało w niemalże osłupienie była rzeczywista brutalność potyczki. Rozbijanie szkła, bezwzględne serie uderzeń w głowę, rzucanie w siebie wszystkim czym popadnie, przebijanie ścian (ach to amerykańskie budownictwo) i wreszcie zrzucenie na Ortona lodówki (której nawet pusta rama waży naprawdę sporo) naprawdę robiło wrażenie, przez co z uśmiechem przyjmowałem tę dawkę kiczowatego szaleństwa. To na co mógłbym narzekać, to sam motyw przeniesienia walki do ringu. Po wspomnianym przeze mnie użyciu aparatury kuchennej Wyatt po prostu opuścił dom, nie zamykając za sobą drzwi (a tak powtarzał, że Randy stamtąd nie wyjdzie), uklęknął, magicznie zmienił światła w domu na czerwone i rozbawiony wsiadł do limuzyny. Wtedy nastąpiła przerwa i doszło do walki Setha z Joe, ale o niej potem.

Gdy powłóczący nogami Bray wreszcie dotarł na ring a na arenie zapaliły się światła Orton już na niego czekał (jak tam dotarł – nikt nie wie). Od tego momentu potyczka toczyła się dosyć klasycznie, jednak wyraźnie inkorporując do działań obu wrestlerów ich zmęczenie i ból. Niestety, potem stało się to, na co nie miałem najmniejszej ochoty. Do ringu wpadli Sing Brothers wraz z Jinderem Mahalem i zaatakowali Vipera. Wykorzystanie pasa do kolejnych uderzeń dało możliwość do ataku Brayowi, którą skrzętnie wykorzystał z pomocą Sister Abigail. Niestety, wynikiem tego jest to, że Wyatt od tego silniej nie wygląda, Jinder nie wydaje się większym zagrożeniem a Randy pozostał w tym samym miejscu. W mojej opinii Orton mógł spokojnie tą walkę przegrać bez ingerencji osób trzecich, a potknięcie czempiona można by spokojnie zrzucić na wydarzenia z Domu Horrorów. No cóż. Nie można mieć wszystkiego.

Samoa Joe vs. Seth Rollins (w) [Singles match]

Oczywistym jest, że Samoa i Rollins nie mogli nas zawieść w kwestii technicznej. Przez całą, niemalże szesnastominutową walkę wszystko zgrywało się w jedną całość. Ustawiczny atak na kolano, niemożność wykorzystania nogi przez Setha, wygrana roll-upem. Nie mam walce więc nic do zarzucenia, co najwyżej uważam, że można było co nieco wykonać lepiej. Po pierwsze, wygrana Rollinsa powinna dokonać się jego nowym finisherem, aby definitywnie go przypieczętować. Po drugie, skoro już skończyło się to roll-upem sfrustrowany Joe powinien był zmasakrować Rollinsa jakimiś krzesłami czy innymi gaśnicami. Po trzecie, jak długo jeszcze wszystkie walki Setha będą oscylować wokół jego kolana? To nie może trwać wiecznie.

Braun Strowman (w) vs. Roman Reigns [Singles match]

W trakcie Payback niespodziewanie otrzymaliśmy promo Strowmana zapowiadającego masakrę, która miała nadejść. Muszę przyznać, że Braum coraz lepiej radzi sobie w kwestiach aktorskich, do tego jego kwestie nie były zbyt drętwe, dzięki czemu taki minutowy przerywnik umilił oczekiwanie na kolejne walki. Tylko drogie WWE, nie ustawiajcie kamery pod twarzą Strowmana, bo nie sprawia to, że wygląda on na większego, tylko na to że ktoś źle ustawił osprzętowanie.

Main event wydawał się walką bardzo podatną na rozczarowanie. Po wszystkim co się stało kolejna czysta wygrana Romana, mogłaby pogrzebać wszelkie pokłady zdrowego rozsądku. Tak się jednak nie stało. Ku mojemu zaskoczeniu pojedynek ten można było z całą pewnością określić jako „sensowny”. Starcie powerhouse’ów miało swój odpowiedni ciężar i każde kolejne uderzenie można było niemalże poczuć. Kontuzja Reignsa i jego fizyczna ułomność były eksponowane w stopniu całkiem wyważonym, bez specjalnej przesady. Finisz, choć niezbyt widowiskowy, był tym jak najbardziej poprawnym. W wyniku tej walki, obaj wrestlerzy wyglądają jak niesamowite bestie, nadające się do walki z Brockiem Lesnarem (który ku mojemu rozczarowaniu nie pojawił się po walce). Braun nie mógł jednak po prostu zostawić pokonanego Reignsa i z całym zdecydowaniem zrzucił go na schody, po czym uderzył go nimi prostu w brzuch. W momencie, gdy od tego manewru Reigns zaczął pluć krwią byłem autentycznie przestraszony o jego zdrowie. Z pomocą oficjeli Roman wydostał się z ringu i gdy odmawiając wejścia na nosze, wyszedł za kulisy, gala dobiegła końca.

Ocena: 9/10

No nie wierzę, Payback znacznie lepsze od WrestleManii, coż za prezent! Nigdy więcej nie podejdę z uprzedzeniem do żadnego PPV (a przynajmniej się postaram). WWE dawno nie sprezentowało nam tak dobrego show, dzięki czemu z jeszcze większym entuzjazmem czekam na kolejne i mam nadzieję, że Wy również.