Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 30/05/2017

Ze względu na stricte „czerwone” Extreme Rules, SmackDown LIVE w tym tygodniu musiało delikatnie odsunąć się w cień. Ale czy kroczek w tył oznaczał również spadek jakości?

Kevin Owens Highlight Reel

Kevin Owens kontynuuje swoje panowanie nad Highlight Reel i po raz kolejny irytuje fanów, zajmując miejsce ukochanego Chrisa Jericho. Tym razem czas antenowy postanowił poświęcić na promocję swojego przewidywanego zwycięstwa na Money In The Bank a następnie przejęcie pasa mistrzowskiego i stanie się podwójnym czempionem. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby jednak, aby Owens pozostał w ringu sam, bez rywala do wymiany zdań. Przeciwnik się pojawił, ale noooooo z tymi zdaniami to akurat mogło być ciężko, bo forma językowa Shinsuke nie jest perfekcyjna, choć Japończyk wyraźnie się poprawił i ciągle stara się być coraz lepszym. Ważne jednak, że ktoś do kontrowania Kevina się pojawił. Niestety chwilę po tym, zza kulis wyszedł Corbin, który ostatnio wyraźnie nie domaga w kwestii promo. Był przez pewien czas progres, teraz forma mikrofonowa Barona wyraźnie stanęła w miejscu… a może i się pogarsza. Gdy Nakamura grzecznie zwrócił jednemu z panów uwagę, że już go pokonał a drugiego dwukrotnie załatwił Zayn, duet heeli rozpoczął nieuczciwy atak. Na szczęście na ratune Shinsuke przybył Sami, ale coś mi tu zgrzytało. Masakra, którą urządził Underdogowi Corbin powinna była mieć jakieś długofalowe konsekwencje, a tutaj zobaczyliśmy Zayna całego, zdrowego i bez uszczerbków na organizmie. Szkoda. Można było to zdecydowanie lepiej wykorzystać, a tak dostaliśmy tylko powód do walki z uczestnikami MITB.

Baron Corbin & Kevin Owens vs. Sami Zayn & Shinsuke Nakamura (w) [Tag Team match]

Zmarnowany potencjał segmentu gadanego został w jakimś stopniu nadrobiony w trakcie wynikającej z niego walki tagteamowej. Kwestie techniczne były na wysokim poziomie, a ogólna dynamika trzymała w napięciu, dając szansę na częściowe rozwinięcie skrzydeł każdemu. Dla samych drużyn korzyści z walki były zaś dualne. Ci dobrzy wyglądali na potężnych, dzięki pewnemu zwycięstwu, zaś Ci źli wprowadzili w swoje persony większy chaos, atakując się nawzajem. Wszystko w porządeczku.

Fashion Files

Muszę przyznać, że odcinki Fashion Files stały się dla mnie najbardziej wyczekiwanymi segmentami SmackDown – pełne samoświadomego, przygłupiego humoru, zabawy konwencją, nawiązań do popkultury i tradycji wrestlingu. Tym razem Fashion Police przeniosło nas w klimaty noir – klimatyczna muzyka, czarno-białe zdjęcia, odpowiednie kostiumy (co prawda Breeze dostał wersję damską, no ale cóż). Partnerzy odkryli, że ich biuro zostało zdemolowane a jedynym tropem pozostawionym przez przestępców był zapach wody kolońskiej… wstyd mi, że nie ogarnąłem się, że chodzi o The Colons. Pokonała mnie gra słowna. Wstyd. Bardzo wstyd. Ale segment cudowny.

Debiut New Day

Po serii wygranych bliźniacy Uso postanowili pozwolić sobie na kapkę klasycznego heel promo rozwścieczającego widzów.  Z reguł wystarczy obrazić albo samo miasto, w którym odbywa się event, albo miejscową drużynę sportową i voila – macie wpienionych Amerykanów. Dialog braci nie potrwał jednak długo, bo w głośnikach wybrzmiał znajomy głos nawołujący do tego aby ‚nie być skwaszonym’. To New Day nareszcie przybyło i w cudowny sposób podeszło do charakterku Usos – zdecydowało się ich może nie zlekceważyć, ale pokazać im, że nie robią na nim wrażenia ich groźne miny i socjopatyczne przemówienia. Chwila odpoczynku dała mi trochę dystansu, więc bardzo podobała mi się odrobina szaleństwa, jednakże boję się tylko o to, że powrót tria wstrzyma push dla Fashion Police, a to byłaby tragedia.

Breezango (w) vs. The Colons [Tag team match]

No i wracamy do naszych ulubionych funkcjonariuszy prawa. Ręka sprawiedliwości jest szybka i nieustępliwa, więc zorganizowanie walki z The Colons udało się w ciągu jednej gali. Fashion Police wyszło w swoich przebraniach z promo i rozpoczęło przyjemną, rzetelną walkę. Problem pojawił się przy ponownym użyciu pistoletów na wodę i mopa (Tyler zdążył w trakcie walki zmienić przebranie). Wydaje mi się, że użycie takich elementów mocno łapie się pod dyskwalifikację i zwyczajnie odejmuje Breezango szacunku za wkład techniczny w walkę, który zwyczajnie mu się należy. Przeszliśmy przez fazę oswajania się z koncepcją komediowej drużyny, teraz dołóżmy do niej najwyższej klasy wrestling. Wtedy Fashion Police będzie mogło zapisać się na kartach historii WWE, a zwycięstwa będą znaczyć o wiele więcej.

Womens’ Brawl

Na to SmackDown zaplanowana została eliminacyjna walka pięciu kobiet o miano pretendenta do pasa, więc naturalnie, zainteresowanie potyczką było spore. Do żadnej sankcjonowanej walki jednak nie doszło, bo zanim rozbrzmiał gong, wrestlerki rzuciły się na siebie nawzajem wykorzystując każdy element otoczenia, jaki tylko był w pobliżu. Bezsprzecznie najlepszym spotem całej kawalkady rzutów, clotheslinów i innych tym podobnych był powerbomb przez stół, którym Charlotte uraczyła Natalyę. Cała ta masakra nie pozostała jednak bez echa, bo na scenę wyszedł Shane McMahon by oznajmić, że takie zaangażowanie i duch walki nie mogą zostać zlekceważone – tym samym commisioner ogłosił pierwszy w historii mecz Money In The Bank z udziałem kobiet. Na razie z olbrzymią ostrożnością po prostu powiem, że się cieszę. Kibicuję dzisiejszym wrestlerkom i liczę na ich dalszy rozwój, ale nie chcę się zbyt nahypować, żeby nie poczuć potem rozczarowania.

Randy Orton Promo

Biedny Randy, to on został prawdziwą ofiarą marketingowej zagrywki WWE. Indie się cieszą a Żmiji pozostało tylko syczeć. Orton nie postanowił się jednak poddać i wyszedł by zapowiedzieć swój nadchodzący rewanż i odebranie tego, co mu się należy. Viper słusznie zwrócił uwagę na swój rodowód, przypominając że jego ojciec był w main evencie pierwszej Wrestlemanii (zapomniał, że tylko jako osoba poboczna, no i do tego przez niego jego sprzymierzeńcy przegrali) a dziadek – Bob Orton – kazałby mu zamknąć jadaczkę i wygrać pas z powrotem. Trochę szkoda, że Randy kontynuował jeszcze chwilę gadanie, nie wyciągając wniosków z hipotetycznej porady dziadka, ale szybko po tym przerwał mu Jinder, który pojawił się jedynie na titantronie, w towarzystwie swoich pobratymców z flagą w tle. Niestety odpowiedź, którą zaserwował Ortonowi była nie dość, że napisana w sposób tak generyczny jak tylko można, to jeszcze paskudnie zagrana. Żal patrzeć, że do tego sprowadzono najważniejsze trofeum w WWE.

AJ Styles vs. Dolph Ziggler (w) [Singles match]

Ziggler wygrał ze Stylesem. W normalnej walce. Może i niezbyt czysto, ale też nie oszukańczo. Ale od początku. Sparowanie AJ’a z Dolphem miało jakiś tam marginalny sens i nie dziwię się, że akurat taką potyczkę sprzedano jako main event. Wynik jednak był jakże zaskakujący. Przez całą niemalże dwunastominutową walkę panowie wymieniali się swoją ofensywną bez zbędnych modyfikacji, ale jako że taka akurat walka nie zdarzyła się zbyt wiele razy, to to nie przeszkadzało. Wydawać by się mogło, że to koniec gdy do gry wszedł Calf Crusher jednak tutaj nowa persona Zigglera dała o sobie znać i aby uratować skórę, zaczął on wbijać palce w oczy przeciwnika. Niedługo po tym zaś Showoff zrzucił z liny przygotowującego się do Phenomenal Forearm Stylesa i gdy tylko wbił się on kroczem na liny i częściowo w nich zamotał Dolph użył swojego bardzo nieprzyjemnie wyglądająco Superkicka na tył głowy. Muszę przyznać, że jestem zaskoczony, i to pozytywnie. AJ’owi nie stała się żadna straszna krzywda dla wizerunku, a Zigglerowi może otworzyły się wrota do wyjścia z mid-cardu? Kto wie?

Ocena 6+/10

Na SmackDown dokładna odwrotność tego co na RAW – drobnica radzi sobie cudownie, za to main event scene trochę leży… i troszkę kwiczy. Nie jest to jednak stan nie do wyratowania i wierzę, że kiedy tylko coś więcej zadzieje się wkoło pasa mistrzowskiego, niebiescy staną się dużo lepszą ofertą rozrywkową.