Recenzja z Tygrysicem: RAW 29/05/2017

Ledwo mieliśmy Backlash, a już w ten weekend RAW uraczy nas kolejnym PPV – Extreme Rules. Build-up to sprawa kluczowa, więc należy sprawdzić, czy RAW wywiązało się ze swojego zadania. Czy czerwonym udały się nahypować nas na to wydarzenie?

Miz TV

Gośćmi tego tygodnia w klasycznym Miz TV byli Sheamus i Cesaro, a cały segment skupił się na motywacjach prowadzących do przejścia na stronę heeli. Wszystko to, co zostało już powiedziane, przy okazji zapoznania nas z The Bar, powtórzyło się przy amplifikacji przesłania poprzez analogię do historii prowadzącego. W ten sposób trójka panów wzajemnie nakręcała się narzekając to na tłumy, które odwróciły się od Sheamusa i Cesaro, to na obniżającą się jakość prestiżu pasa interkontynentalnego. Maraton malkontenctwa przerwał Dean Ambrose chętny do zamknięcia buziek wszystkim przystojniakom. Gdy została mu zwrócona uwaga, że jest jeden na trzech i jest zwyczajnie głupi, Lunatic sprytnie się wycofał a zza kulis, ku uciesze tłumu wyszli Hardy Boyz. Drużyna przegoniła z ringu dotychczasowych bohaterów i zapoczątkowała pierwszy mecz, w dobrze grający na podstawowych emocjach sposób.

Chwilę przed walką zobaczyć mogliśmy jeszcze krótki przerywnik, w którym po otrzymaniu wiadomości na telefon Corey Graves zmartwiony wstał z krzesła i poszedł do generalnego menadżera po czym przedstawił mu nieznaną nam treść korespondencji. Zniesmaczony zawartym tam określeniem go jako porażki, zakały i rozczarowania Angle zdecydował, że nic takiego nie może ujrzeć światła dziennego. Otrzymaliśmy kolejną po atakach na Enzo tajemnicę – nie wiemy, kto szerzył hejtujące Kurta treści i co dokładnie było w nich widoczne. Ponadto pojawia się pytanie zadane również przez menadżera: „Skąd Corey ma takie informacje?”. Tłumaczenie, że ludzie po prostu mu ufają i mówią różne rzeczy nie jest zbytnio przekonujące. Lubię trochę niejasności i niepewności w fabule. Pewny plus.

Elias Samson (w) vs. Zack Evans [Singles match]

Niemal zawsze w wrestlingu „coś nowego” spotyka się z moim ciepłym przyjęciem. Koncepcja grania klimatycznych piosenek na gitarze akustycznej przed rozpoczęciem walki nie jest może najbardziej pasującą do idei mordobicia, ale dobrze widzieć, że RAW stara się pokazać coś nietuzinkowego. Po programie artystycznym przyszedł czas na szybki squash z miejscowym zawodnikiem, który wypadłby nieźle, gdyby nie kompletnie martwa w jego trakcie publiczność. To niestety klasyczny przykład tego, ze bez zaangażowanej w jakimś stopniu widowni, porządnej potyczki zwyczajnie nie będzie.

Bray Wyatt vs. Finn Balor vs. Samoa Joe [3-Way match]

Patrząc na nazwiska i formę walki, można pomyśleć, że to main event jakiegoś olbrzymiego PPV. Ale nie. RAW częstuje nas takimi przysmakami (i to nie jako walka wieczoru) z bardzo prostego powodu. Kontuzja Strowmana wyeliminowała podstawowy feud na Extreme Rules, więc przewodząca eventowi walka pięciu wrestlerów musi być odpowiednio zareklamowana. Dlatego też tydzień w tydzień otrzymywaliśmy niezliczone kombinacje nazwiska Wyatta, Ballora, Joe, Reignsa i Rollinsa. Tym razem wybór padł na pierwszą trójkę, która – bez niespodzianki – zafundowała nam pełen emocji scenariusz, w którym rzeczywiście każdy z wrestlerów błyszczał. Podstępność i mrok Braya kontrastowały z frustracją Samoańczyka i nieustępliwością Demon Kinga. Niestety, ktoś z nich musiał być tym, który zostanie do maty przypięty. Padła na Pożeracza Światów, który po niespodziewanym combo Finna (zakończonego finisherem) leżał nieprzytomny w oczekiwaniu na pin. Gdy tylko Balor położył się na Brayu został z niego ściągnięty przez Joe, rzucony w róg ringu, a Samoańczyk po krótkim odliczaniu do trzech mógł cieszyć się wydartym zwycięstwem. Booking nieoczekiwany, tworzący równe szanse dla wszystkich. Czy to dobrze? Na ten moment troszkę ciężko ocenić, nie jestem w tym przypadku fanem takiego zagrania, ale sama jakość potyczki wynagrodziła wszelkie niedogodności.

Cesaro, Sheamus & The Miz vs. Dean Ambrose & The Hardy Boz (w) [6-Person Tag Team match]

No, ale wróćmy do segmentu początkowego, jakoś tak się zapędziłem. Sześcioosobowy mecz z takimi nazwiskami nie mógł się nie udać, więc nie zaskoczył mnie fakt, że całą walkę oglądało mi się z nieukrywaną przyjemnością. Każdy z zawodników wykorzystywał swoje atuty, jednak nie miałem uczucia zbyt wyraźnych heelowych zagrywek, co zdecydowanie mogę policzyć na plus. Dochodzi do tego też to, jak dobrze rozegrane były kolejne spoty pomiędzy zawodnikami, wszyscy wydawali się świetnie pilnować swoich kolejności bez wrażenia sztuczności. Jako że w jednej drużynie było aż 3 czempionów, logicznym było że w stosunkowo czystej walce wygrać muszą Ci, którzy noszą pasy. Tak było w tym przypadku, a finalną ofiarą stał się Miz, któremu jednak nie zaszkodzi to zbyt mocno. Miła rozrywka, porządny warsztat, można bez cienia wątpliwości uznawać starcie za jasny punkt gali.

Noam Dar vs. Rich Swann (w) [Singles match]

Noam Dar nie zasługuje na przegrywanie w 3-minutowych pojedynkach. Kropka. Cruiserweight’ci stoczyli swoją potyczkę u boku sojuszniczek/partnerek Alicii Foooooooooooooooox i Sashy Banks, co oczywiście musiało mieć wpływ na wynik meczu – odwrócenie uwagi sędziego nie powiodło się dziewczynie Szkota tylko w wyniku interwencji Szefowej. Niestety, nie usprawiedliwia to w żaden sposób takiej długości walki i zwyczajnie jestem niezadowolony. Co do braku usprawiedliwienia warto też zwrócić uwagę na relację Banks i Swanna. Skąd się znają? Dlaczego sobie pomagają? Czy są dodatkowo powiązani? Oczywiście, spoko było popatrzeć jak razem tańczą, ale to nie może nam mydlić oczu na pękające szwy linii fabularnej.

Kalisto vs. Titus O’Neil (w) [Singles match] + Afery Enzo ciąg dalszy

Tak jest, z poniżej trzech minut, przechodzimy na poniżej minuty. Nie możemy tu jednak mówić o squashu, bo walczący z Kalisto Titus, przygniatając go cielskiem, dodatkowo ciągnął go za dolną część garderoby. Zachowanie tyleż skuteczne, co niedozwolone, ale nierozgrzany sędzia niczego nie zauważył. Sfrustrowany Kalisto dał sobie spokój, a Apollo z niechęcią dołączył do celebracji sojusznika, zwracając mu uwagę na jego nieuczciwość. O’Neil oczywiście wszystko zbył wizją spełnienia się wielkiego planu. Interesująco widzieć, że relacja pomiędzy postaciami, powoli ewoluuje. W sumie… bawił mnie ten segment, jestem ciekawy, jak daleko zajdzie z nim WWE. Na ten moment – daję szansę.

Zostajemy przy krótkich fragmentach RAW. Tym razem przechodzimy za kulisy, gdzie po raz kolejny zaatakowany został Enzo Amore. Znowu nikt nic nie widział i nie słyszał. Niestety, tym razem aura tajemniczości została delikatnie zerwana, przez wytykanie palcami The Revival (nawet jeśli błędne). Świetnym zaś był moment, w którym zirytowany sugestiami dotyczącymi swojego udziału w pobiciu Big Cass poszedł skonfrontować swoje obiekcje z przestraszonym Gravesem. Dawno nie dochodziło do porządnych relacji wrestler – komentator, więc taki dodatkowy smaczek przyjmę z otwartymi ramionami.

Do całej sytuacji w zakulisowym wywiadzie ustosunkowało się same Revival, które po długiej nieobecności powraca do gry. Rozmowa z dziennikarką nie przekonała mnie jednak do aktualnego miejsca tego tag teamu w szeregach RAW. Skupianie się na głupkowatych tłumaczeniach na pytania „dlaczego przeczycie, że pobiliście Enzo, skoro widać na kamerach, że byliście za kulisami” zwyczajnie mnie nie kręci. Może następnym razem się uda.

Bailey’s Life + Golden Truth

Według opinii publicznej jest to kandydat do najgorszego segmentu 2017 roku. Mocne słowa, ja się do nich nie przychylam, jednak rozumiem takie podejście. No bo co, Alexa Bliss prezentuje ołtarzyk z teoretycznych pamiątek Bailey, mamy jej byłą przyjaciółkę oskarżającą ją o to, że wolała oglądać WWE niż się z nią spotykać i byłego chłopaka, który twierdził, że zabierała ojca na randki z nim. A potem ta dwójka zaczęła się całować. Interweniuje Bailey, rozpoczyna się walka o zawieszony już kij do kendo, Alexa wyjmuje z pod stołu swój i załatwia sprawę jednym uderzeniem. Cringe, chaos i marnacja obu pań. Trudno, co robić.

Zmarnowanym nie można jednak z pewnością nazwać czasu poświęconego na oglądanie promo Goldusta i R-Trutha. Ten pierwszy kontynuował swoją wypowiedź z zeszłego tygodnia, okalając promo żargonem filmowym, przewidując „złote zakończenie” i cytując Psychozę. Jego materiał został jednak przerwany przez naśladujące jego formę wideo drugiego z wrestlerów, w którym pojawia się zdanie z Pulp Fiction, inspiracja czarnymi bohaterami kina i zwykła chęć zamknięcia jadaczki byłego partnera. Wszystko to w tonie tak w swej żartobliwości poważnym, że traktuje się to jako w pełni wykształcony i zażarty feud. Złoto.

Austin Aries & Jack Gallagher (w) vs. Neville & TJP [Tag Team match]

Nie przeszkadza mi oglądanie tej czwórki raz po raz w kolejnych meczach. Co więcej, wiem, że zawsze prezentować będą one wysoką jakość, dlatego o przebiegu całej walki nie będę nic mówił, bo to klasyka klasyk tych panów, ale jakże przyjemna. Problemem jest jednak zakończenie widoczne na zdjęciu. W finale Ariesowi udało się złapać czempiona w Last Chancery i zmusić go do poddania się. No i po co. Teraz cokolwiek nie stanie się na Extreme Rules będziemy mogli powiedzieć – „już to widziałem”. Skoro buduje się walkę wokół dramatycznych dźwigni, których użycie na wysokiej klasy przeciwniku przychodzi obu panom z trudem, to po co prezentować to, ot tak zaraz przed PPV? Bezsens.

Roman Reigns (w) vs. Seth Rollins [Singles match]

Ok, przyznaję się, z początku podchodziłem bardzo negatywnie do konceptu tej walki. Ja naprawdę nie muszę tydzień w tydzień oglądać, jak Roman po kolei pokonuje zdecydowanie lepsze od niego gwiazdy i to jeszcze z pozostałościami kontuzji. I tak jak nadal sama idea formy fabularnej i zakończenia irytuje mnie niezmiernie, tak muszę chylić czoło przed jakością samej potyczki. RAW sprezentowało nam niemalże dwudziesto-minutową batalię, w której dawni przyjaciele docierali do granic swoich umiejętności ringowych próbując doprowadzić do zwycięstwa. Nie można temu nie przyklasnąć, rzadko spotyka się taką jakość na cotygodniowych galach. No i cóż, Reigns wygrał, ale chociaż nowy finisher Rollinsa pozostał w sekcji „protected”. To dobrze wróży na przyszłość.

Ocena: 6/10

Średnia jakość dłuższych walk była jedną ze zdecydowanie najlepszych w tym roku. Problem jednak leży w drobnicy i decyzjach fabularnych, które podkopują cały fundament zabawy. Niemniej jednak, widać że na Extreme Rules otrzymamy kilka naprawdę ciekawych potyczek. Nic tylko czekać.