Recenzja z Tygrysicem: RAW 24/07/2017

Do SummerSlam cały miesiąc, więc dla RAW i SmackDown rozpoczyna się długodystansowy bieg, w którym ich wspólnym celem jest zebranie po drodze jak największej liczby fanów. Czy ta gala czerwonych popędziła w dobrą stronę?

SummerSlam Main Event Promo + Jordan Video Package

Kiedy Kurt wyszedł na scenę, bałem się, że będzie kontynuował linię fabularną ze swoim synem. Na szczęście dostałem zwykłe ogłoszenie main eventu SummerSlam. Oczywiście najpierw menedżerowi przerwał Braun, potem Joe a na końcu Reigns. Przy czym każdy podpierał swoją kandydaturę do walki z Lesnarem dość sensownie. Gdy Angle ogłosił, że w walce wieczoru na najbliższym PPV zobaczymy Fatal 4-Wat match, dość mocno się ucieszyłem, bo potrzeba mi było takiego rodzaju potyczki o pas Universal. Umiarkowanie ucieszeni wrestlerzy nie pozostawili jednak widowni bez rozwinięcia swej kłótni, więc przeszło do rękoczynów, które rozdzielać musiała najpierw ochrona a potem reszta rosteru RAW. Klasyka klasyk, ale zadziałała.

A skoro już poruszyłem motyw ostatnich rewelacji Kurta – z jakiegoś powodu w trakcie gali pojawiło się całe wideo promocyjno-wspominkowe z zeszłego tygodnia i nie wiem do końca po co. Do tego było sklecone na poły jak materiał reklamujący walkę, dodając wszystkiemu zwyczajnej śmieszności i infantylności. Beznadziejne zagranie.

Elias Samson (w) vs. Finn Balor [No Disqualification match]

Forma meczu eliminującego dyskwalifikację całkiem nieźle wpasowała się w feud Samsona i Ballora. Nie mogę powiedzieć, żebym był specjalnie zachwycony batalią – szczególnie, że nie za bardzo wykorzystano potencjał możliwości użycia broni – ale też nawet nie zauważyłem jak minęły przy niej prawie 20 minut, co tak często się na RAW nie zdarza. Najważniejsza była jednak końcówka. Gdy tylko Balor wykorzystał swego finishera, na scenie w bardzo charakterystyczny sposób zgasło światło i po chwili Finn był już ofiarą Sister Abigail. Po swym manewrze Bray tylko odchylił się w swej unikatowej pozie i oczekiwał pinu od ledwo przytomnego Eliasa. Mecz całkiem niezły, ale czy to w sumie w ogóle jest feud z Samsonem, czy jest on tam tylko na doczepkę?

Emma vs. Nia Jax (w) [Singles match]

Jeden z trzech squashy tego wieczoru i jeden z dwóch złych. Jax w półtorej minuty zmiażdżyła Emmę, co zbyt mądre nie jest. Wszyscy pamiętamy o sile Samoanki i wydaje mi się, że nie potrzeba nam o niej przypominać, a jeśli już to przeciwko jakiejś lokalnej, aspirującej wrestlerce a nie niedawno kontuzjowanej gwieździe WWE, której przydałby się zasłużony powrót. Widowiskowy ruch kończący (nowy finisher?) nie wystarczy, żeby uzasadnić taką formę.

Kontuzja Akiry Tozawy

Wszystko rozpoczęło się od kolejnego wtrącenia się Titusa w karierę Akiry. Współpracownik Tozawy zdecydował się odwołać jego mecz z Daivarim ze względu na jego zdrowie. Na wieść o tym Akira jak najszybciej ruszył do ringu, oczekując swojej walki. Do tego momentu wszystko szło naprawdę dobrze. Ciężko nie przyznawać racji sposobowi myślenia O’Neila. Niestety potem na ring wyszedł Neville. Nie spodziewałem się, że będę kiedyś oceniał jego udział za negatyw, ale wydawał się on tam strasznie doklejony. Jego promo, próbujące wytworzyć jakąś wrogość Akiry wobec niego kompletnie nie pasowało do jego persony, kładącej nacisk na to, że nie obchodzi go nic i nikt poza nim. Do tego skończyło się tym, że Tozawa spuścił mu wpiernicz a potem Daivari im obojgu. Coś mi tu po prostu nie grało.

Curt Hawkins vs. Jason Jordan (w) [Singles match]

Kolejny squash, tym razem wyższej klasy, bo bardziej przemyślany. Tutaj, po pierwsze, rzeczywiście potrzeba było pokazać publiczności solowy potencjał Jordana, a po drugie Curt nie ma już nic do stracenia. Muszę jednak przyznać, że w sumie chciałbym go zobaczyć w czymś na wyższym poziomie, gdzie pozwoli mu się powalczyć z 10 minut. Niemniej jednak dostaliśmy to a nie co innego, ale ja jestem całkiem zadowolony.

Bailey (w) vs. Sasha Banks [Singles match]

Tak jest, nareszcie coś porządnego z udziałem kobiet na RAW. Bailey i Banks stanęły naprzeciw siebie, aby określić, która z nich zawalczy z Bliss o pas na SummerSlam. Obie panie poradziły sobie koncertowo, nie szczędząc sobie nieprzyjemnych upadków i groźnych rzutów. Całość miała bardzo dobry wydźwięk techniczny jak i emocjonalny, tylko trochę Alexy było brak w komentarzu. Szkoda tylko, że to Bailey zwyciężyła. Większość walki dominowała Sasha i uważam, że tak jest też ogólnie od paru miesięcy. W mojej, skromnej opinii The Hugger nie zasłużyła jeszcze na powrót w strefę najlepszych. Może w międzyczasie czeka nas jakiś turn?

Big Cass (w) vs. Enzo Amore [Singles match]

No i trzeci squash, po raz kolejny totalnie niepotrzebny. Sam mecz był powtórką Great Balls of Fire, a ta co potem ostatniego RAW. W skrócie – Enzo i Big Show dostali srogi wpiernicz. Scenarzyści chyba nie wiedzą co zrobić dalej, żeby utrzymać pęd do walki Cassa i Showa na SummerSlam. Chyba na pewno.

The Club vs. The Revival (w) [Tag team match] + Co to za reklama…

Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony jakością walki The Revival z The Clubem. Nie było to może za długie spotkanie, ale widać było, że każdy team ma swoje mocne strony, których nie boi się wykorzystać. Szczególnie dobrze wypadło to w przypadku Gallowsa i Andersona, którzy od długiego czasu klepali metaforyczną biedę w WWE. Tym razem ponownie przegrali, jednak po wyrównanej porażce i w wyniku odwrócenia uwagi przez braci Hardy. Po walce Jeff i Matt ruszyli zająć się Wilderem i Dawsonem, którzy zrobili z nimi to samo w zeszłym tygodniu. Tworzy się nam tu naprawdę porządnie zbudowana dywizja tag teamów. *DELETE*

Mówiąc o braciach Hardy nie mogę nie wspomnieć o reklamie, w której wzięli oni udział. Panowie wsłuchują się w niej w rozmarzone wypowiedzi Bailey, cieszącej się z powrotu tego co kocha. Rozczuleni bracia również trochę się nad sobą zachwycili, myśląc, że chodzi o ich sukces z WrestleManii,  po czym okazało się, że chodzi o… Sonic Pretzel Dogs. Puenta oczywista i prosta, jednak całkiem skuteczna, a do tego aktorstwo braci było naprawdę w porządku (Bailey już dużo mniej).

PS. Zjadłbym takiego preclodoga. Oj zjadłbym.

Dean Ambrose & Seth Rollins (w) vs. Miz & The Miztourage [Handicap 2-on-3 Tag Team match]

Na koniec najlepsza walka wieczoru. Dean i Seth stoczyli świetną batalię z Mizem i jego wspólnikami. Dynamika starcia była na najwyższym poziomie – niemal cały czas coś się w ringu rzeczywiście działo. Charakterystyka postaci błyszczała w każdym ruchu i ciężko było znaleźć jakąkolwiek rzecz, do której można by się było przyczepić. Po raz kolejny przypomniano nam, dlaczego The Shield było tak wielkim, zasłużonym sukcesem. Po zwycięstwie Seth i Dean cieszyli się wspólnie, nieraz nawet przytulając, lecz gdy Rollins wyciągnął pięść do klasycznego żółwika byłej stajni, Ambrose w zakłopotaniu uciekł za kulisy, idealnie wieńcząc kolejne starcie byłych „braci”.

Ocena: 6+/10

Masa squashy i dziwnych drobiazgów musiała obniżyć ogólną ocenę gali. Zgadzam się – w najważniejszych aspektach radziła sobie świetnie, ale zbyt często wybijani byliśmy z rytmu, żeby uznać całe RAW za większy sukces.