Recenzja z Tygrysicem: RAW 21/08/2017

Gale RAW i SmackDown po, którymkolwiek z The Big Four są niejednokrotne bardziej wyczekiwane niż samo PPV. Dzieje się tak ze względu na liczne debiuty, powroty i zmiany występujące na tych wydarzeniach. Czy show czerwonych po SummerSlam dorównało oczekiwaniom?

Brock Lesnar, Paul Heyman & Braun Strowman Promo

Oczywistym początkiem dla gali było wyjście nadal panującego Lesnara wraz z jego menadżerem. Zwycięstwo Brocka oddaliło na jakiś czas spekulacje jego powrotu do UFC i dało spore pole do popisu Heymanowi. Ten ograniczył się do klasycznego promo, sprowadzającego się do bardziej skomplikowanego „a nie mówiłem?”. Celebrację przerwał absolutny ulubieniec widowni – Braun Strowman – który na rozmowy wyraźnie chęci nie miał. Po paru słowach wymienionych bez mikrofonów, Braun zaatakował mistrza, praktyczne wycierając nim podłogę. Chyba wiemy, kto jest nowym pretendentem do pasa… i to jest słuszny wybór.

Emma vs. Nia Jax (w) [Singles match]

Hashtag #GiveEmmaAChance stał się chyba źródłem świetnych żartów dla oficjeli WWE. Po raz kolejny Australijka przegrała swoją walkę i to w niemal identyczny sposób, co w jednym z ostatnich tygodni. Dwie minuty i po krzyku. Ani to nie zabawne, ani nikomu nie pomaga. Po co to w takim razie? Nie mam pojęcia.

Big Cass vs. Enzo Amore (w) [Brooklyn Street Fight match]

Miałem nadzieję więcej już nie oglądać tej dwójki w ringu. Niestety, WWE razem z  Enzo nie wiedzą, kiedy przestać. Amore wyszedł do swojego niedawnego partnera, wyzywając go na Brooklyn Street Fight.  Na scenie razem z nim znalazł się kosz zakupowy z paroma rzeczami, których mógł użyć jako broni. Walka się rozpoczęła, Amore od razu dostał wpiernicz. Cass nawet nie użył żadnego rekwizytu. Segment zaczął się poprawiać gdy Gigant zaoferował Enzo krzesło i szansę na trochę ofensywy, ten jednak szybko okazję zaprzepaścił. Nagle jednak Amore zdobył w sobie wystarczająco sił aby uniknąć ataku i obniżył linę, zmuszając Cassa do wypadnięcia z ringu. Lądowanie doprowadziło do jakiejś kontuzji kolana i Gigant nie był w stanie kontynuować ofensywy. I tyle. Cała walka. Enzo został ogłoszony zwycięzcą, a WWE zapewne uzna, że to świetny argument do kontynuacji feudu. Masakra.

Elias vs. R-Truth [Singles match]

Iiii kolejna powtórka ostatniej konfrontacji obu panów. Elias wychodzi z piosenką (swoją drogą – coraz lepiej wychodzą mu te występy z gitarą, ten w kick-offie SummerSlam był świetny), R-Truth mu przerywa, po czym sama konfrontacja trwa śmiesznie krótko. Tym razem pomiędzy jednym gongiem a drugim nie minęło półtorej minuty. Tutaj jest po prostu kolejne wielkie pole do poprawy. Nie można wszak co tydzień wciskać kolejnych powtórek.

John Cena, Roman Reigns, The Miz & Samoa Joe Promo

Patrzcie państwo, a któż to zdecydował się wykorzystać swoją możliwość podróży między brandami? Toż to jedyny, niepowtarzalny John Cena. The Face That Runs The Place postanowił pojawić się na RAW w poszukiwaniu… Romana Reignsa. Ten wyszedł na ring, lecz nie wydawał się być pod zbyt wielkim wrażeniem domniemanego oponenta. Wizję ich nadchodzącej walki przerwał jednak Miz wraz z żoną i swoim Miztouragem. The A-Lister zdominował cały segment, wyskakując z jednym z najlepszych promo tego roku. Jego największą mocą był fakt, że było prawdziwe. Miz zarzucił obu gwiazdom, że cały czas ofiarowane im są „momenty” – te zapadające w pamięć segmenty i walki przechodzące do historii. On zaś trafia na pre-show SummerSlamu, mimo że od 12 lat ciężko haruje na swoją pozycję i jest interkontynentalnym czempionem. A-Lister wykazał się też, gdy nie pozwolił Cenie przejąć promo i wykorzystać go na swoją korzyść. Miz odwalił świetną robotę i z pewnością zasługuje na wiele. Do segmentu doszedł potem jeszcze Samoa Joe, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo po stopniu zaangażowania, zaprezentowanym przez mistrza, wszystkie dalsze wypowiedzi wydawały się blade i mało ważne. Z całej tej sytuacji wynikła chwilowa bójka i main event, o którym potem.

Ariya Daivari, Drew Gulak, Noam Dar & Tony Neese vs. Cedric Alexander, Gran Metalik, Mustafa Ali & Rich Swann [8-Person Tag Team match] + Neville & Titus Brand Segment

Walka cruiserweightów była tym samym, co z początku pomogło pogrzebać całą dywizję – potyczką wielu osób, w niewielkim czasie, bez specjalnego podbudowania fabularnego. Trzeba jednak przyznać, że cała walka była ogólnie nawet niezła a przynajmniej w jakimś stopniu widowiskowa. Ośmiu mężczyzn i osiem minut potyczki daje nam minutę na osobę, więc wrestlerzy zmuszeni byli do przekazania swoistej esencji swojego stylu. Bez szału, ale też bez dramatu. Ot niezły wrestling.

Dodatkowo mieliśmy też okazję zobaczyć krótki segment, w którym wywiad charyzmatycznego Nevilla został przerwany przez Tozawę i Titusa. Obsmarowywanie przeciwników w wykonaniu aktualnego czempiona prawie zawsze przynosi frajdę i tak było tym razem. Szybka reakcja członków światowego brandu, w której zażądali rewanżu na 205 LIVE, połączona ze zsynchronizowanym „bye-bye” dodała trochę luzu i sprawiła, że cały segment wydawał się metaforycznym zaczerpnięciem świeżego oddechu.

Dean Ambrose & Seth Rollins (w) vs. The Hardy Boyz [Tag Team match]

Cały segment poprzedzający walkę czempionów z The Hardy Boyz mocno ucierpiał przez fakt, ze znalazł się po niesamowicie charyzmatycznym promo Miza. Przez to wszelkie wymiany zarówno pomiędzy dwoma tag teamami jak i samymi, byłymi członkami The Shield wydawały się dość drętwe i niezbyt porządnie przygotowane. We wszystkim chodzić miało o dawkę wspólnego szacunku, wymieszaną z podziwem czempionów do idoli z dzieciństwa i kumplowskimi sprzeczkami pomiędzy Deanem i Sethem. Wyszło jakoś niemrawo.

Na szczęście wszystko nadrobiła sama walka, która po raz kolejny pokazała, że z dywizją tag teamów na RAW trzeba się liczyć. Obie drużyny były dobrze naoliwionymi maszynami, które bezbłędnie wykorzystywały wszystkie błędy przeciwników. Potyczka była prowadzona tak rzetelnie, że w pewnym momencie dopuściłem do siebie myśl, że może zobaczymy zmianę pasa. Ku mojej uldze rozsądny booking wziął górę i po kilku świetnie wykonanych ruchach mistrzowie po raz kolejny wznieść mogli swoje pasy w górę. Dobra robota.

Sasha Banks & Alexa Bliss Promo

Zmiany pasa oznaczają celebracje, więc nie mogła się również obyć bez niej nowa mistrzyni kobiet. Sasha bardzo trafnie skupiła się na tym, jak ważny jest dla niej Nowy Jork, mimo że sama jest z Bostonu. Wszak tu miała jedne ze swoich najlepszych meczy. Banks pozachwycała się chwilę nad sobą, by niedługo potem zostać odciętą od głosu przez Alexę Bliss. Ta oczywiście zażądała rewanżu, jednak w heelowej postawie uznała, że mieszkańcy Miasta, Które Nigdy Nie Śpi nie są godni być świadkami jej zwycięstwa i zawalczy o mistrzostwo w przyszłym tygodniu. Ze strony Little Miss Bliss dobrym posunięciem było wyrzucenie Sashy, że nazywa pas „swoim”, gdy tak naprawdę w jej własnej głowie wciąż należy do niej. Cały segment był dosyć klasyczny i może niezbyt porywający, ale rzetelny i porządny.

Dodam tu jeszcze taką krótką refleksję. Nie wydaje się Wam, że ostatnimi czasy WWE wrzuca coraz częściej dokładnie te same reklamy? Recykling klipów jest porażający. Jakże cieszę się, że premiera ich nowego filmu o kung-fu już za chwilę, bo nie mogłem już wytrzymać kolejnych zwiastunów.

Finn Balor (w) vs. Jason Jordan [Singles match]

WWE wyraźnie nie ma pojęcia, co zrobić z Jasonem Jordanem. Ich plan na stworzenie olbrzymiej afery wokół faktu, że jest synem Kurta zwyczajnie nie wypalił, a głupio teraz ot tak usunąć go z gal. Scenarzyści postanowili więc, że po kilku squashach każdy poważny mecz były zapaśnik będzie przegrywać. Tym razem padł ofiarą Finna Balora, chociaż muszę przyznać, że w tym wypadku „ofiara” to złe słowo. Panowie mieli naprawdę porządny pojedynek, w którym oboje wyglądali na bardzo mocnych zawodników i jest to zdecydowanie główny powód, dla którego policzę cały segment na plus. Ostatnie zawirowania wokół bookingu obu panów nie przypadały mi za bardzo do gustu, jednak na szczęścia sama potyczka stała na naprawdę wysokim poziomie.

John Cena & Roman Reigns (w) vs. Samoa Joe & The Miz [Tag Team match]

Drużyna złożona z Ceny i Reignsa to jeden z największych koszmarów klasycznych hejterów WWE. Przez wielu uważani są oni za niezwykle przereklamowanych atletów i zwyczajnie marnych wrestlerów. Ja tak jak nie pałam do nich miłością, tak mam szacunek do stałego, pewnego poziomu ich pracy. Ich movesety, choć ograniczone, są opanowane do perfekcji. Z tych względów nie miałem swoich specjalnych faworytów w tej potyczce i zwyczajnie płynąłem z prądem walki, a prąd nie był zbyt porywający acz sensownie wartki. Trzynaście minut wrestlingu, które panowie nam ofiarowali było bardzo przyjemnym widowiskiem, w którym widać były zarówno wpływy nieznajomości partnerów w drużynie, obrażeń doznanych na Summerslam, czy dodatkowego atutu w postaci dwóch popleczników krążących wokół ringu. Pomimo Superman Puncha, który wylądował na twarzy Ceny, chwilowy sojusz nie rozpadł się i po AA na Mizie, jeden z najmocniej „buczanych” tag teamów na RAW zakończył galę zwycięstwem.

Ocena: 6+/10

Zbyt dużo powtórek i braku kreatywności zaowocowało oceną niższą, niż mogłaby być, gdyby ograniczyć się do najważniejszych feudów czerwonej federacji. Zabrakło też jakichś dodatkowych niespodzianek czy zwrotów akcji, na które tak bardzo czekano.