Recenzja z Tygrysicem: RAW 17/07/2017

RAW przyciągnęło przed ekrany sporą liczbę osób głównie ze względu na jeden elementy – wielkie wyznanie Kurta Angle. Czy wielki przełom w historii byłego mistrza olimpijskiego pomógł czerwonym wznieść się na wyżyny i zapewnić wysoką oglądalność na dłużej?

Alexa Bliss vs. Bailey (w) [Singles match]

Kolejny tydzień dywizji kobiet jest kolejnym,  w którym mam ją totalnie w pompie, bo nie oferuje nic ciekawego, nie szanuje idei czempiona i kleci jednowymiarowe postacie. Mistrzyni – Alexa Bliss – stanęła naprzeciw Bailey, kobiety która spadła na sam dół drabinki. Oczywiście Little Miss Bliss, bo kto inny, zaczęła zbierać baty i na ratunek przyszła jej Nia Jax, która w sumie też nie zrobiła nic znaczącego. Ją natomiast zaatakowała Sasha Banks, odwracając uwagę Alexy, co poprzednia czempionka skrzętnie wykorzystała. Nudne to i głupie.

Jedyny w miarę pozytywny element dotyczący kobiet, przyszedł później, gdy Kurt został w bardzo nieprzekonywujący sposób ustawiony do pionu przez Gravesa, gdy ten pierwszy miał wątpliwości, co do ogłaszania swej tajemnicy światu. W trakcie następującej po tym wydarzeniu rozmowy telefonicznej, Angle’a zaczepiły Banks i Bailey prosząc z osobna o mecz o pas. Tutaj małe przepychanki słowne pomiędzy paniami były w miarę sensowne i nie odstawały jakością od reszty show. Dobrze też, że Kurt z marszu nie zadecydował o stworzeniu triple threatu, tylko zdecydował się na walkę pomiędzy zainteresowanymi wrestlerkami, ustaloną na przyszły tydzień. Nie ma co aż tak szybko ponownie atakować Alexy – dobra decyzja.

Dean Ambrose & Seth Rollins Promo

Ambrose wydaje się być jedną z bardziej niedocenianych osób, jeśli chodzi o umiejętności związane z używaniem mikrofonu. Tym razem The Lunatic Fringe postanowił przypomnieć o sobie i niejako skomentować wpiernicz, który dostał przed tygodniem, wprowadzając postać Steely Dana – metalowego krzesła. Była to może próba powtórzenia sukcesu Mitcha – roślinki doniczkowej – ale nie tędy droga. Wywód Deana przerwał Rollins, po raz kolejny wyciągający dłoń do dawnego partnera. Prawdziwe emocje w Ambrosie wyzwoliło jednak nazwanie go „bratem”. Nie były to jednak emocje pozytywne. Cała warstwa relacji jej dwójki jest bardzo ciekawa i może się jeszcze mocno rozwinąć. Bardzo inteligentnym gestem było celowe wystawienie swoich pleców przez Setha – w oczekiwaniu i przyzwoleniu na zemstę. Wiadomo jednak, że nie o to chodzi i Dean teatralnie wyrzucił swoją broń z ringu. Nie do końca się to opłaciło, bo podniósł ją The Miz, jego poplecznicy zaś znaleźli inne krzesełka i po raz kolejny sprali stary duet, kończąc segment z pomocą Headcrushing Finale na rozstawione krzesło.

Później dostaliśmy kolejną krótką rozmowę z generalnym menedżerem, w której Dean i Seth postanowili zawiązać tymczasową współpracę, żeby zemścić się w walce 2 na 3. Wszystko przebiegło bardzo poprawnie i świetnie wpasowało się w specyfikę postaci.

Akira Tozawa vs. Ariya Daivari (w) [Singles match]

Sporo się działo wokół Tozawy w tym tygodniu. Wszystko zaczęło się od jego rozmowy z Titsuem, skupiającej się na perspektywie rewanżu z Nevillem, którą przerwał Daivari. Ariya dość zgrabnie wyargumentował Japończykowi, czemu to najpierw z nim musi zawalczyć, bardzo uwypuklając jego inspirację Hassanem Yazdanim. Tak po cichu Wam przyznam, że może nie słuchałem albo nie uważałem, ale nie wiem dlaczego tak bardzo skupiono się akurat na nim. Wiem, że zdobył złoto olimpijskie i w ogóle, ale czemu akurat teraz to wyciągać? Niemniej jednak podobał mi się cały segment.

Walka zaś nie trwała nawet trzech minut, bo od samego początku wyszło, że domniemana kontuzja ramienia Tozawy się nie zaleczyła i Japończyk jest w poważnych tarapatach. Ariya bardzo sensownie wykorzystał ten fakt, skupiając na ręce przeciwnika całą ofensywę. Sprawy przybrały dla Akiry tak drastyczny obrót, że Titus zdecydował się na zakończenie walki przez poddanie się, co było dość oryginalne i zaskakujące.

Po walce zaś doszło do kolejnej rozmowy członków Titus Brand. Tym razem jednak atmosfera była dużo bardziej napięta, a wściekły Tozawa wyrzucał Titusowi jego poczynania, tłumacząc, że on się nie poddaje. Po raz kolejny scenariusz poszedł bardzo sensowną drogą, bo tłumaczenie O’Neila oparte było na chęci zabezpieczenia członka jego firmy w perspektywie długoterminowej. Inteligentne posunięcie ze strony RAW, bardzo mnie to cieszy.

Drew Ghulak & Brian Kendrick vs. Jack Gallagher & Mustafa Ali (w) [Tag Team match]

Ta walka była po prostu wyrzuceniem czterech wrestlerów w błoto. Nie po to buduje się dwa osobne feudy, żeby potem Ci dobrzy pokonali tych złych w lekko ponad dwie minuty, robiąc z nich niesamowicie bezużytecznych gałganów. Żenada.

Enzo Amore, Big Cass & Big Show Promo

Powtórka tego co już wcześniej widzieliśmy tylko ze zmiksowanym zakończeniem. Enzo wyszedł na ring i zrobił to, co robi najlepiej – zaczął gadać. Robił to w swoim bardzo dobrym stylu i tak długo, aż zza kulis nie wyszedł Cass z wyraźnym zamiarem spuszczenia mu wpierniczu. Amore skrzętnie jednak wycofał się na z góry upatrzoną pozycję pośród tłumu i z młodocianym fanem na kolanie oczekiwał odsieczy, która przyjść miała z rąk nadchodzącego Big Showa. Tak się jednak nie stało. Cass zdominował wielkoluda, nie dają mu niemalże żadnych szans, po czym jednym Big Bootem znokautował pędzącego towarzyszowi na ratunek Enzo. I w sumie słusznie. To leniwy rozwój, ale zawsze jakiś. Niech będzie, że w tym tygodniu to jeszcze plus.

Elias Samson vs. Finn Balor (w via DQ) [Singles match]

Najwyraźniej przygoda Finna i Eliasa się nie skończyła, więc zostaliśmy uraczeni kolejnym pojedynkiem obu panów. Pomimo wyprowadzenia sporej ilości ciekawej ofensywy Samson i tak wydawał się być skazany na pełną porażkę – w końcu miał przed sobą jedną z najważniejszych stricte ringowo person w całym świecie wrestlingu. Gdy tylko zegar wybił 5 minut, The Drifter złapał za swą gitarę i z potężnym impetem uderzył przeciwnika. Muszę przyznać, że to jeden z bardziej brutalnych tego rodzaju ataków od dawna. Krew lała się z głowy i ramion Balora. Byłem pod swego rodzaju wrażeniem. Gdy zwycięski Finn rozpoczął powrót za kulisy, na ekranie ukazał się znajomy wszystkim Bray Wyatt i niestety po raz kolejny jego promo nie trzymało się ładu i składu. Wcześniej The Eater of Worlds miał jakiś rzeczywisty powód dla brania na celownik kolejnych wrestlerów, ale tym razem wydaje się, że to już sztuka dla sztuki. Tym razem jeszcze przymknę oko, ale mówię stanowcze dość.

Ogłoszenie Kurta Angle

No dobra, zakończmy tą świetną zabawę z tajemnicą i przejdźmy do rozwiązania. Okazuje się, że Kurt Angle ma pozamałżeńskiego syna, o którym nie wiedział i jest nim Jason Jordan. Tak, dobrze przeczytaliście. Ciekawe jak to rozkminili… „Jest łysy? Jest. Ma doświadczenie w amatorskim wrestlingu? Ma. Jest „prawdziwym amerykaninem”? Jest. No to gitara! ” Idea to może i fabularnie ciekawa, ale wszystko to było bardzo, ale to bardzo niezręczne. Tak delikatne sprawy rozwiązywane w tak publiczny sposób, to rzecz dość nieprzyjemna w oglądaniu i te wszystkie uśmiechy i przytulenia wydawały się przez to tym bardziej fałszywe. Pojawia się pytanie „co dalej”. Jedyne co wiemy na pewno, to że na jakiś czas American Alpha nie istnieje, bo w wyniku tych wydarzeń Jordan stał się członkiem RAW. Nie jest mi tego tag teamu specjalnie szkoda i z ciekawością wypatruje, co się z tego wszystkiego rozwinie. Sam segment jednak to spory minus.

The Hardy Boyz vs. The Revival (w) [Tag Team match]

Wygląda na to, że Broken gimmick nadchodzi. Wszelkie aspekty prawne zmierzają ku końcowi, bracia Hardy coraz chętniej używają elementów person z TNA, a kolejne porażki coraz bardziej pogrążają ich moralnie. Tym razem Jeff i Matty padli ofiarą powracającego The Revival, które w palącej potrzebie wspięcia się na szczyt drabiny tag teamów gotowe jest uciec się do każdych nieczystych zagrań. Nie żeby było ich w tej walce jakoś specjalnie wiele, ale z pewnością pomogły Wilderowi i Dawsonowi osiągnąć swój zamierzony cel. Sama potyczka była na naprawdę wysokim poziomie i widać jak wiele mogą nam jeszcze pokazać obie drużyny.

Samoa Joe vs. Roman Reigns (NC) [Singles match]

Muszę się przyznać, że zapomniałem, że w tym tygodniu walka wieczoru ma wyglądać w ten sposób. Naprzeciw siebie stanęli Joe i Roman, i co by nie mówić złego o obu panach (a tak naprawdę to tylko o Reignsie), to dostaliśmy niesamowicie wciągającą walkę, trwającą jak na standardy RAW naprawdę długo i niedefiniującą, kto jest lepszy – co było świetnym posunięciem. A czemu nie zdefiniowała? Bo nikt nie wygrał. Po chwilowej nieobecności do ringu powrócił niedawno zmasakrowany Braun Strowman. Jak można się domyślić, zmiażdżył on zmęczoną dwójkę wrestlerów, pomimo próby odwetu dwóch zawodników naraz i okazał się prawdziwym zwycięzcą całego show. Świetna sprawa.

Ocena: 7+/10

RAW dostarczyło nam sporo ciekawych i niecodziennych segmentów, zapewniając w ogólnej perspektywie sporą dozę przyjemności. Można się kłócić, czy takie rozwiązanie sprawy Kurta było sensowne, ale jedno wiadomo na pewno – czerwoni mają sporo potencjału, czasu i nakładów pieniężnych, więc możemy być spokojni, że przez jakiś czas utrzymają obecną formę.