Recenzja z Tygrysicem: RAW 07/08/2017

Kolejny tydzień jest kolejną okazją do walki dwóch „skłóconych” marek WWE – RAW i SmackDown. Czerwoni ze swoją przewagą czasową (3 zamiast 2 godzin) mają okazją pokazać więcej, ale mogą też się częściej potykać. Jak było tym razem?

Miz TV

Po raz kolejny RAW otworzyło Miz TV. Tym razem gośćmi programu byli Lesnar i Heyman. Z początku spotkanie nie było pasjonujące, jako że gadka A-Listera nie ma porównania do tej Paula, a jego rozważania na temat pewnej przegranej Brocka są wzięte kompletnie znikąd, bo nie jest to żaden specjalnie dziwny rodzaj meczu stworzony specjalnie, aby pozbawić Lesnara tytułu. Na szczęście, gdy tylko do głosu doszedł Heyman, wszystko zmieniło się na o wiele lepsze. Najpierw Paul spytał się o część praktyk seksualnych Miza i jego żony a konkretnie o to, czy lubią „odgrywać rolę”. Potem oświadczył, że on ma w tym dużo przyjemności i chce teraz przedstawić pewną scenkę, w której Miztourage i jego szef zagrają przeciwników Brocka z nadchodzącego SummerSlam. Chwilę potem Bestia rozpoczęło rzucanie wrestlerami na prawo i lewo, kończąc bardzo przyjemną masakrę F5 dla każdego. Niezły segment dla rozpędzenia czempiona.

Seth Rollins vs. Sheamus (w) [Singles match]

Pierwsza z dwóch bardzo dobrze zaprojektowanych walk z udziałem RAW Tag Team czempionów. Rollins po raz kolejny stanął w ringu razem z Sheamusem, lecz tym razem nie dane mu było zwyciężyć. The Architect w wyniku zamieszania z udziałem Cesaro musiał uznać wyższość Irlandczyka, jednak nie zamierzał się z nią pogodzić. Seth rzucił się na mistrzów i rozpoczął nierówną walkę, którą szybko zaczął przegrywać. Wszyscy liczyli na pojawienie się Deana, ale ten nie zaszczycił Rollinsa ratunkiem. I słusznie. Tak właśnie tworzy się pole do konsekwentnej budowy historii, przy okazji prezentując porządną walkę. Ciąg dalszy pojawił się już w trakcie potyczki Lunatic Fringa.

Jason Jordan (w) vs. Jean-Pierre Goulet [Singles match]

Jako że wcześniej Lesnar zmiażdżył Curtisa Axela, dla Jordana zabrakło przeciwnika. Jego tatuś nie mógł na to pozwolić, więc wziął przypadkowego gościa zza kulis i kazał mu walczyć w ringu ze swoim synkiem. Wszystko by było kolejnym, nudnawym squashem, gdyby nie to jak wielkim dopingiem Toronto obdarzyło swojego lokalnego wrestlera. Jean dostał jedną okazję do ofensywy, ale spotkała się ona z potężnym okrzykiem radości trybun, któremu wtórowało buczenie na Jasona. Oj coś Wam nie wyszło WWE, nie wyszło. Chcieliście gwiazdę, a macie wygwizdywane popłuczyny. Nikt nie lubi wpajana wielkości ze względu na zasługi ojca. A tym bardziej nikt nie lubi, jak ciągnie się za tym rozdawnictwo okazji do łatwych zwycięstw. Na szczęście była widownia, która potrafiła bardzo wokalnie to wyrazić.

Oświadczenie Bailey

Bailey porozmawiała w ringu z jedną z reporterek, komentując swoja kontuzję. Niestety, nie jest w stanie wziąć udziału w SummerSlam, więc potrzebne będzie dla niej zastępstwo. Bailey wytypowała swoją przyjaciółkę – Sashę Banks – jednak o tym, kto zajmie jej miejsce zadecydują dwa triple threat matche i pojedynek ich zwycięzców. Tutaj też kolejny face spotkał się z buczeniem ze strony tłumu. Nie myślcie jednak, że to dlatego, bo widownia w Toronto to banda buraków, których nie obchodzi kontuzja byłej mistrzyni. O nie nie. Po prostu Bailey jest tak nudna i nie przynosi jakichkolwiek emocji, że widownie mają głęboko gdzieś całą jej postać. Może i przykre acz prawdziwe. Ja zaś podzielam ich opinię, zarówno w kwestii samej wrestlerki jak i tego „wywiadu”.

Alicia Fox vs. Emma vs. Sasha Banks (w) [Triple Threat match]

Byłem przyjemnie zaskoczony ilością emocji, które walka ta była w stanie ze mnie wykrzesać i to wbrew pozorom nie dzięki zwyciężczyni. Gwiazdą tej potyczki stała się Emma, która wydawała się starać się za trzech, jak gdyby od tej walki zależało jej być i nie być w dywizji kobiet. Wrestlerka była nawet blisko zwycięstwa, jednak wygrała przewidywalność i Bank Statement Sashy, która jak zwykle wykonywała kawałek niezłej roboty. Alicia nie przeszkadzała i tyle o niej powiem. Naprawdę nieźle mi się przy tym siedziało.

Bray Wyatt & Finn Balor Promo 

Wszystko rozpoczęło się od bardzo klasycznego promo Balora, w którym najzwyczajniej w świecie przekazał, że stanie naprzeciw strachom, które symbolizuje i wzbudza w nim Wyatt. Ni mniej, nie więcej. Swoją drogą to wtrącę, że akcent Finna jest tak specyficzny, że brzmi jakby angielski nie był jego podstawowym językiem (oczywiście wraz z irlandzkim). Ale wracając do segmentu, chwilę potem w ringu pojawił się Bray. Finn był na to gotowy i zaczął spuszczanie łomotu Wyattowi. W następnym momencie Braya już nie było, a na titantronie pojawiła się twarz Pożeracza Światów. Tym razem Wyatt miał coś jednocześnie metaforycznego i sensownego do powiedzenia, więc nie mam się do czego specjalnie przyczepić, oprócz tego, że nie mam pojęcia, gdzie to wszystko ma nas doprowadzić. Ale tak to było w porządku.

Big Show & Enzo Amore vs. Karl Anderson & Luke Gallows

Kompletnie nie czuję tego, co dzieje się teraz pomiędzy Big Showem, Cassem i Enzo. Oczywiście, rozumiem skąd się to wszystko wywodzi, jednak wynik tych relacji jest co najmniej średnio interesujący. Tag team Giganta i Amore stanął naprzeciw The Clubu i cóż… przegrał. Niezwykła niespodzianka. Oczywiście po części dlatego, bo Cass stanął sobie w alejce pomiędzy sceną a ringiem. Jeszcze większa niespodzianka. Na koniec nowojorczyk rzucił się na dawnego sprzymierzeńca i jego kumpla, by na koniec zostać powalonym przez KO Punch. No zapas ironicznych niespodzianek się tu wyczerpał.

Po wszystkim Cass postanowił pogadać z Kurtem i przekonał go (a raczej bezpośrednio podsunął mu genialny pomysł), aby w trakcie jego meczu z Big Showem Enzo siedział w klatce na rekiny, zawieszony pod ringiem. Za często tego używają, oj za często. Ale tu muszę przyznać, że naprawdę spodobał mi się sposób wypowiedzi antagonisty i reakcja lekko przygłupiego Kurta też ze wszystkim się zgrywała, więc policzę ten krótki element za plus.

Akira Tozawa (w) vs. Ariya Daivari [Singles match] + Goldust Promo

Wydaje się być to początek końca historii walki o pas Akiry. Ręka Japończyka jest już rzekomo w świetnym staniu i udowodnił to on zdecydowanym zwycięstwem nad Daivarim. Nie mogę nazwać tej potyczki spektaklem ani czymś oszałamiającym, ale spełniła ona swoje zadanie i przyniosła porządną dawkę bardzo przyzwoitego wrestlingu. Czekam z dużymi nadziejami na najbliższą konfrontację o pas Cruiserweightów.

Dodam tu też szybciutko promo Goldusta, zapowiadające jego najbliższe dzieło i współgrającego. Nie pojawiło się w nim nic wyjątkowego, forma również pozostała taka sama, ale sama idea tego, że na SummerSlam zobaczymy nowy feud, w którym ktoś będzie współpracował z Goldustem jest interesująca koncepcją i szczerze czekam na ten segment najbliższego PPV.

Cesaro vs. Dean Ambrose (w) [Singles match]

Kontynuujemy wątek zapoczątkowany przez walkę Sheamusa i Rollinsa. Naprzeciw siebie stanęli Ambrose i Cesaro, i powiedzmy sobie szczerze – to była naprawdę porządna potyczka. Panowie wydawali się nieźle ze sobą dogadywać i stworzyli swego rodzaju obietnicę wysokiej jakości przyszłych walk. Tym razem, pomimo ingerencji osób pobocznych, zwyciężył protagonista. Nie spodobało się to czempionom, więc po chwili zaatakowali Lunatic Fringa. Fani ponownie spojrzeli w stronę sceny i tym razem doczekali się oczekiwanego zwrotu akcji, bo zza kulis wypadł Rollins i pomógł odeprzeć The Bar. W ten sposób świetnie przypieczętowano charakterystykę postaci… tylko po to, by za chwilę ją zaburzyć. Wdzięczny Dean wreszcie w zaufaniu wystawił rękę do charakterystycznego pozdrowienia The Shield, jednak The Architect wymownie odmówił i wyszedł z ringu, pozostawiając publiczność z masą słusznych pytań. Jest to zdecydowanie najbardziej inteligentnie prowadzona gałąź fabularna na RAW.

Dana Brooke vs. Mickie James vs. Nia Jax (w) [Triple Threat match]

Zdecydowanie nudniejszy z dwójki Triple Threatów. Tutaj wyraźnie nie widać było, żeby ktokolwiek oprócz Jax miał jakiekolwiek szanse, więc nie bardzo chciało się to oglądać. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, zwycięstwo było zdecydowane, ale żadnych emocji to nie wywołało. Nawet mimo że była to walka o stawkę, czyli walkę z Sashą Banks o miano pretendenta do pasa kobiet.

Braun Strowman (w) vs. Roman Reigns [Last Man Standing match]

Ach jak dobrze dostać czasem od RAW prezent. Tym razem przybrał on formę walki typu Last Man Standing pomiędzy Strowmanem i Reignsem. Giganci branży spotkali się w ringu i zostawili w nim niemal wszystko co mogli. Resztę wyrzucili z siebie poza nim. Panowie podróżowali po sporej przestrzeni areny, wykorzystując co popadnie i tworząc atmosferę olbrzymiego show. Wszelkie użycia broni, false finishe i kolejne finishery wzbudzały w widowni masę emocji i o to w tym wszystkim chodzi. Na koniec zaś do konfrontacji wtrącił się Samoa Joe, dusząc Romana w swoim Conquita Clutchu i decydując o wyniku walki za Strowmana. Tym bardziej chcę się oglądać main event SummerSlam – dobra robota.

Ocena: 7+/10

Jakoś najnowszego RAW była naprawdę zadowalająca – bez rewelacji, ale też bez zbyt dużej ilości potknięć. Można spokojnie patrzeć w przyszłość i oczekiwać ciekawej riposty niebieskich, pomimo że mają godzinkę mniej.