Recenzja z Tygrysicem: RAW 03/07/2017

Ha, nie spodziewaliście się mnie, co nie? To już kolejny powrót na moim koncie i mam nadzieję, że jeszcze lepszy niż ostatnio. Czy RAW przygotowało mi dobry materiał na recenzję po dłuższej przerwie? Sprawdźmy.

Alexa Bliss & Nia Jax vs. Bailey & Sasha Banks (w) [Tag team match]

Już na samym starcie dostaję ciężki orzech do zgryzienia. Dwa top heele i dwa top face’y na RAW ustawiły się na przeciwko siebie aby stoczyć potyczkę drużynową. Spróbuję podsumować to bilansem – wyeliminowana miernym uderzeniem Bailey pogrąża się coraz bardziej i bardziej; Nia pomimo swojej masy i siły wyglądała dość słabo i niechlujnie, jej ruchy ledwo co dotykały przeciwniczki; Alexa poddała się Bank Statementowi i po raz kolejny wychodzi z niej mierny i mało ważny czempion; jedna Sasha Banks zyskała masę wiarygodności miażdżąc przeciwniczki, będąc od pewnego momentu sama na dwie. Ale to nie wystarcza… i w sumie nie jest najlepsze dla całej dywizji kobiet. Zaczyna się mocno średnio.

Bliss po walce miała mały wywiad, w którym przekonywała, że jej porażka była intencjonalna aby wywołać w Sashy poczucie fałszywej pewności siebie. No cóż… tak jak mówiłem, tworzymy słabego czempiona, a to się zwyczajnie nie godzi.

Enzo Amore Promo

Cały feud pomiędzy Cassem i Enzo recenzyjnie ominąłem, jednak nie mogę nie wspomnieć, że cała historia została poprowadzona świetnie i z wielką przyjemnością obserwowałem jej dalszy rozwój. Tym razem Enzo wyszedł z bardziej poważnym hype promo – nadal ta sama energia, ale bez zbędnych żartów. Dobra robota, wiadomość przekazana – Cass nie jest już bratem a „catchphrase, that I wrote”.

Cedric Alexander (w) vs. Noam Dar [Singles match] + Brock Lesnar & Samoa Joe wideo i wywiad

Feud Alexandera i Dara nie jest warty ani mojego ani Waszego czasu. Nie ma po co go oglądać – jest beznadziejny i nie prowadzi absolutnie do niczego. Tym razem mieliśmy schemat z promo Cedrica, dwuminutową walkę z nieskutecznymi wtrąceniami Alicii Fox i kolejną żałosną porażkę Noama. Jakiś dramat.

Jako że tu nie było nad czym się rozpisywać, dorzucę do tej sekcji wszystko co działo się między Lesnarem i Joe. Najpierw kilka słów o video promo zrobionym przez świetnych twórców WWE. Jak zwykle z materiału będącego zwyczajnie „ok” stworzyli cudownie hypujący filmik, dzięki któremu jakoś z większym napięciem czekam na Great Balls of Fire i o to w tym wszystkim chodzi.

W trakcie gali mieliśmy też wywiad na żywo, prowadzony przez Michaela Cole’a, który zamienił się w przepychankę słowną Samoańczyka i Brocka. Z olbrzymim zaskoczeniem muszę powiedzieć, że Lesnar zmiażdżył pretendenta bez użycia Heymana. Jego szczere, beztroskie podejście i niemalże kompletny brak gry aktorskiej kompletnie zgasił prowokującego Joe. Ten ostatni zdecydował się wyjść ze swojego pokoju nagraniowego i poszukać czempiona, aby złoić mu tyłek, ale gdy tylko go znalazł, został powstrzymany przez ekipę ochroniarzy. Kolejny plus dla gali, naprawdę dobrze się przy tym bawiłem.

Shattered Truth

Żal mi patrzeć co stało się z tak dobrze zapowiadającym się wątkiem. Już zeszły tydzień wylał na zajaranych fanów kubeł pomyj a w tym tygodniu nie było lepiej. Nie dość, ze zobaczyliśmy powtórkę tego, co działo się na poprzedniej gali, to po wszystkim dostaliśmy kolejną niemrawą przepychankę, która tym razem zakończyła się… no nie mam pojęcia czym. Po prostu przykro, że takie złoto okazało się zwykłym świecidełkiem.

Heath Slater vs. The Miz (w) [Singles match o Intercontinental Championship]

Miz TV rozpoczęło się  klasycznym segmentem przechwałkowym Miza i jego Miztouragu – nic specjalnego, jednak swoisty, wymagany klasyk dla takich formacji. Przeszkodzić temu musiał Dean Ambrose. Tym razem okazało się jednak, że nie tylko on zainteresowany jeest walką o pas. Na scenę wyszedł Heath Slater w towarzystwie Rhyno, który oznajmił ,że to jemu należy się walka, bo to on jako ostatni wygrał z Mizem. Mistrz nie chciał się na to zgodzić, jednak stagnacji walk o pas zapobiegł Kurt Angle, który wbrew Mizowi oznajmił, że dziś zawalczy z ojcem wielu dzieci a na Great Balls of Fire z Ambrosem. Wszyscy szczęśliwi – no, prawie wszyscy (sorry Miz).

Do walki też nie mogę się przyczepić. Cieszę się, że Slater dostał szansę. Oczywiście – nie wykorzystał jej, wszystko to tak naprawdę było set-upem dla zwiększenia znaczenia kompanów Miza. Ale dostaliśmy trochę przepychanek, do wszystkiego włączyli się Ambrose i Rhyno, trwało to więcej niż 10 minut. Po prostu porządny kawałek wrestlingu.

Curt Hawkins vs. Seth Rollins (w) + Brat Wyatt Promo

Ok, zaczęło się tragicznie. Hawkins próbował w jakiś pokraczny sposób rozwijać się jako heela przed publicznością, naraz używając taktyk charakterystycznych dla face’ów. Potem było troszkę lepiej, bo Seth zaprezentował responsę, zaatakował przeciwnika przed dzwonkiem a potem pokonał go w dziewięć sekund. Na koniec mikrofon wrócił do Rollinsa –  jego promo miało trochę sensu i finalnie wyratowało dość kiepski segment. Chociaż i tak nadal nie wiem, czemu ktoś daję Curtowi walkę z Sethem.

Bray Wyatt nie pozostał bez czasu antenowego i wyświetlono jego tajemnicze promo, nagrane gdzieś na pustyni, ale nawet ja jako wierny fan, nie mogę policzyć tego na korzyść gali. W tym momencie wszystko to co mówił o słońcu, Bogu i chaosie stało się kompletnym bełkotem i ciężko coś z tego wywnioskować. Eater of Worlds potrzebuje albo nagłej zmiany, albo dłuższej przerwy. Poza tym, i tak wiemy kto wygra. Nie wskażę dokładnie, ale jest na okładce nowej gry WWE i jego imię rymuje się z „Beth Collins”.

Mustafa Ali vs. Neville (w) [Singles match]

Neville to tratwa, które utrzymuje cruiserweightów na powierzchni – nie miewa złych meczy, niesamowicie wczuwa się w postać, ma świetny imidż. Tym razem zawalczyłem z Mustafą Ali, feudującym z Drew Gulakiem. Z jednej strony czempion zmiażdżył młodzika kontrując jego charakterystyczne ruchy, ale z drugiej też pozwolił mu na wyprowadzenie masy ofensywy, tworząc wrażenie rzeczywiście zaciętej walki. Za taki pokaz, choć dość krótki, bardzo dziękuję.

Cesaro vs. Finn Balor [Singles match]

Najdłuższa walka gali była niemalże wypełniona kolejnymi wtrąceniami innych wrestlerów. Wkoło ringu wciąż krążył Cesaro, Balorowi przeszkodził również Elias Samson, a przy stoliku komentatorskim przez cały czas siedzeli bracia Hardy. Oczywiście, oni również włączyli się do walki, biegnąc na ratunek Finna. Co do zaś samych zawodników w ringu. Wiadomym jest, że Balor i Cesaro to dwójka jednych z najlepszych inringworkerów w całej branży. Nie jestem w stanie zarzucić im niczego, a samą walkę liczę na plus. Nie ukrywam też, że bardzo pomogła jej publiczność, która żywo reagowała na niemal wszystko.

Apollo Crews vs. Braun Strowman (w) [Singles match]

Niezwykle podobało mi się zderzenie tworzonej ostatnio siły uczestników Titus Brand z czystym zniszczeniem Strowmana. Apollo nie miał najmniejszych szans z gigantem i przegrał w czasie poniżej pięciu minut. Oczywiście, parę razy udało mu się naruszyć Brauna, ale finalnie doszło do zwyczajnej masakry – kopniak w moonsaultującego Crewsa był niesamowity. Najlepsza w tym wszystkim była reakcja oniemiałego Titusa, któremu pozostało jedynie obserwowanie akcji. Podnoszenie Titusa przed odklepaniem „trzy” tylko po to, aby uraczyć go kolejnym Running Powerslamem również było genialne. Na sam koniec O’Neil również wpadł pomiędzy liny, ale i on dostał bezapelacyjny wpiernicz.

Później Braun zaciągnął Apollo do karetki, wrzucił go do niej, klepnął w tył furgonetki, ale ta nie miała zamiaru odjechać. Okazało się, ze za kółkiem był Roman Reigns. Big Dog zaatakował Strowmana, doszło do bijatyki, zakończonej ślicznym Spearem, który zrzucił obu panów ze sceny i przebił stół stojący obok. Świetne zakończenie, całkiem niezłej gali.

Ocena: 6+/10

No, może nie była to najbardziej pasjonująca gala, jaką oglądałem, ale po dłuższej przerwie dobrze piszę się i o tym. Great Balls of Fire już w tą niedzielę i w sumie to naprawdę na nie czekam. Oby nie zawiodły oczekiwań.