Recenzja z Tygrysicem: Great Balls Of Fire 2017

Tak jak podejrzewałem – Great Balls Of Fire było znacznie lepszą galą, niż się tego spodziewaliśmy. Ale co, już zdradzam ocenę końcową? Nieeee, jest sporo spraw do przegadania – sprawdźmy co sprezentowało nam WWE.

Bray Wyatt (w) vs. Seth Rollins [Singles match]

Ja mam takie wrażenie, że ten wynik jest takim specjalnym pstryczkiem w nos dla mnie i całej reszty pseudospecjalistów, którzy powiedzieli: „Seth jest na okładce, więc wygrywa”. Nie wolno mi jednak sprowadzić całej walki do żartu scenarzystów, bo potyczka Wyatta i Rollinsa stała na bardzo wysokim poziomie. Nie od dziś wiadomo, że po obu panach możemy spodziewać się wszystkiego, co najlepsze i tak też było tutaj. Oczywiście, nie był to nawet pretendent to walki wieczoru, bo jako pierwsza potyczka na karcie nie miała do tego wymaganego ciężaru, ale jak na cały beznadziejny build-up, to co finalnie otrzymaliśmy było nader satysfakcjonujące. Bray wygrywa po dziabnięciu w oczy palcami i pewnej Sister Abigail – role odegrane, wynik ciekawy.

Big Cass (w) vs. Enzo Amore [Singles match]

Kolejne promo i kolejne złoto z ust Enzo. Amore tylko utwierdził nas w przekonaniu, że jest kimś więcej, niż tym na kogo kreował się w ostatnich miesiącach. WWE musi się bardzo skupić, aby nie zmarnować takiego talentu. Co do walki zaś… czego się spodziewaliście? To była zwykła masakra i tyle. Chociaż muszę powiedzieć, że trochę brakowało mi takiej nienawiści w ruchach Cassa. To co pokazał, było jedynie namiastką tego, jak rzeczywiście mógł złamać dawnego brata. Tak czy tak, booking bardzo poprawny.

Cesaro & Sheamus (w) [4:3] vs. Jeff Hardy & Matt Hardy [30 Minute Ironman Tag Team Match o RAW Tag Team Championship]

Wydaje mi się, że ta walka miała zdecydowanie za mało rozgłosu. Cała jej forma też została niemalże przemilczana w ostatnich tygodniach. Nie wiem też, dlaczego tak jest – w końcu odpowiednio stawka starcia jest, ciekawi wrestlerzy są, potencjał na duże pieniądze też. Wszystko to wygląda, jakby ktoś po prostu zapomniał o tym w międzyczasie. Ale dość już psioczenia na organizację – to co dostaliśmy w ringu idealnie zapełniło całe 30 minut. Ani na chwilę nie poczułem się znudzony, wynik cały czas pozostawał niejasny, ciągle czuło się napięcie. Rozpoczęło się, tak jak przewidziałem w MW Studio- Brogue Kick w pierwszej minucie i head start dla czempionów. Potem było tylko więcej i więcej, aż po jeszcze większej dawce chaosu, połączonej z kontrowersyjnymi decyzjami sędziego Sheamus i Cesaro pozostali mistrzami RAW. Słuszna decyzja – choć wolałbym chyba jednak remis.

Alexa Bliss vs. Sasha Banks (w via count-out) [Singles match o RAW Women’s Championship]

Zetknąłem się już z paroma internetowymi opiniami o gali i z tego co widzę tutaj pojawia się moja największa sprzeczność z opinią publiczną. Zawiodłem się tą walką. Tak, super, był świetny motyw z przeprostem ręki Alexy, Sashy kręgosłup zwijał się w esy floresy, ale w ogólnym rozrachunku było mocno przeciętnie, o zwycięstwie Banks przez count-out nie wspominając. Nie widziałem, żeby panie dawały z siebie wszystko i ja też nie mogłem się w pełni zaangażować. Atak Sashy po walce też mnie nie zachwycił i po wszystkim pozostałem ze zwyczajną obojętnością.

Dean Ambrose vs. The Miz (w) [Singles match o Intercontinental Championship]

To była chyba najbardziej przewidywalna w swoim przebiegu walka wieczoru (OK, oprócz Cass vs. Amore). Widzieliśmy już tych panów naprzeciw siebie dziesiątki razy i trochę już mi się nie chcę po raz kolejny oglądać tych samych wymian. Tym razem dużą rolę grały trzy osoby towarzyszące Mizowi, z których dwie Dean starał się eliminować, ale oczywiście to nie wystarczyło. Jak wiadomo, powaga popleczników musi jakoś zostać zbudowana, więc po średniej batalii Ambrose przegrał przez ingerencję Miztourage’u. Przyszedł czas na nowego pretendenta, dajcie żyć Deanowi.

Braun Strowman (w) vs. Roman Reigns [Ambulance Match]

Sama idea ambulance matchu jest dość przygłupia, ale przymknijmy na to oko i cieszmy się wrestlingiem, bo jest czym się cieszyć. Nie była to najlepsza batalia jaką stoczyli Strowman i Reigns, ale tak czy tak dostarczyli nam masy zabawy kolejnymi spotami ze schodami, krzesłami, noszami i ekranami. Zarówno Braun i Roman to potężne bestie, które są w stanie zrobić i wytrzymać wiele, co naprawdę dobrze przekładało się na całość widowiska. Zakończenie walki z wleceniem Reignsa do ambulansu było dość prędkie i można powiedzieć niespodziewane, ale prawdziwa zabawa zaczęła się potem. Możemy teraz spokojnie powiedzieć – Roman to heel. Przegrał w pełni uczciwie, po czym z wściekłości zapakował Strowmana do auta i wjechał tyłem w ciężarówkę. Innymi słowy – chciał zabić faceta, bo mu się nie udało. Oczywiście, co to dla Brauna – po akcji ratowniczej Gigant wyszedł z ambulansu o własnych siłach i cały we krwi oddalił się w bliżej nieznane miejsce, ku kompletnej konsternacji wszystkich wokół. Było fajnie? Było fajnie!

Curt Hawkins vs. Heath Slater (w) [Singles match]

W międzyczasie tego, co działo się po poprzedniej potyczce, na ring wyszli Heath i Curt, aby zająć czymś tłum. Hawkins przegrał w niecałe trzy minuty i nawet nie zobaczyliśmy końca walki. To już jest naplucie im w twarz. Tak się nie robi. Nie powinno się to było wydarzyć.

Brock Lesnar (w) vs. Samoa Joe [Singles match o Universal Championship]

Main event był marzeniem wielu fanów WWE. Każdy chciał zobaczyć jak Bestia mierzy się z Samoańczykiem. I tak jak nie mogę powiedzieć, żeby panowie zawiedli oczekiwania, tak nie mogę też powiedzieć, żeby je w pełni spełnili. Pojedynek trwał trochę powyżej sześciu minut, a przez większą część tego czasu dominował pretendent do pasa. Brock momentami wprowadzał trochę ofensywy, ze swoimi niemieckimi suplexami włącznie, jednak to Samoa Joe wydawał się wygrywać. Ale wiecie…to Brock Lesnar – jedno F5 zakończyło sprawę. Mam takie wrażenie, że to nie jest koniec ich wspólnej przygody. Jak dla mnie, dla tej walki musi istnieć druga część. Bardzo proszę, żeby jeszcze lepsza.

Ocena: 7+/10

Hej, było naprawdę dobrze. Momentami nawet świetnie. Z miłą chęcią zobaczę więcej gal rozwijających się w ten sposób. Niepozorne Great Balls Of Fire wyrosło na rzeczywiste zaskoczenie. Dobra robota czerwoni.