Felietonowa Sobota: Nad czym WWE powinno popracować w dalszej części 2017?

Jeżeli ktoś miałby zapytać Vince`a McMahona o fanów swojej federacji to z ust ów jegomościa mogłyby paść dwa zdania: „Nie interesuje mnie, czego chcą fani”, lub sądząc po komentarzach w mediach społecznościowych: „Fanom ciężko jest dogodzić”. Trzeba przyznać, że jest w tym zawarte źdźbło prawdy. To, czego jestem absolutnie pewien dotyczy faktu, iż chyba nie znajdzie się na tym wielkim świecie choćby jedna osoba, która byłaby w stu procentach zadowolona z produktu, jaki obecnie nam serwuje WWE. A przecież ma być to rozrywka, oraz coś, co daje nam absolutną satysfakcję, prawda? W związku z tym w dzisiejszej odsłonie „Felietonowej soboty” skupimy się na aspektach, które mogłyby zostać poprawione w federacji McMahona – aby oglądało się lepiej!

1. RAW:

Zacznijmy zatem od dosyć odważnego sformułowania. Największą bolączką i niedoskonałością jest RAW. Cofnijmy się w czasie do zeszłego roku, momentu, w którym cały wrestlingowy świat oszalał na wieść na nadchodzącym Brand Splicie. Faktem jest to, że w istotny sposób wydarzenie to wpłynęło na korzyść WWE, jednak przede wszystkim ukazało kolosalną różnicę między brandem czerwonym, a niebieskim. Skupmy się więc na tym pierwszym. Czas trwania Monday Night Raw jest znacznie wydłużony, trzy godziny to przesada. Creative team czasami wciska nam kompletnie bezsensowny content, byleby jakoś zapełnić ten czas. Tydzień w tydzień mało znaczące tag team matche, które absolutnie nic nie wnoszą do storylinów, denne segmenty, które mają bawić, a wywołują o fanów tylko falę politowania. Szczególnie w pamięci zapadł mi ten, w którym Gallows&Anderson parodiowali New Day (Old Day, serio?). To właśnie takie smaczki sprawiają, że ręka świerzbi aż do przewijania. Kolejną sprawą są storyline`y, które nie wywołują zachwytu. W zasadzie od czasu wcielenia brand splitu w życie RAW wykreowało tylko JEDEN konkretny storyline, zabawny, emocjonujący, z polotem, którego kulminację mamy przyjemność oglądać teraz. Chwała Owensowi i Chrisowi Jericho za to, że przez tak długi czas poprawiali jakość show. No właśnie, więc mamy ten feud i co dalej? Pustka, kompletne zero. Przez pewien okres czasu poza tym programem nic się nie działo, co można uznać za wstyd i hańbę, zważywszy na to jakim talentem dysponuje czerwony brand. Dochodzimy więc do kwestii zarządzania ów talentem, który poniekąd jest marnowany. Wystarczy spojrzeć na Ruseva. Dawniej monster heel, obecnie Handsome Rusev w tag teamie z Hard Body Jinderem Mahalem. Jak można to naprawić? Redukcja czasu trwania Monday Night Raw do dwóch godzin, stworzenie solidnego storyline`u na każdej płaszczyźnie: lower mid-card, mid-card, main event, tag team, tak, aby to miało jakiekolwiek znaczenie. A i warto też dodać ograniczenie part-timerów, oraz nieustanne pchanie Romka do przodu.

2. Womens Division (RAW)

Nagonki na RAW ciąg dalszy, tym razem jednak poświęćmy uwagę dywizji kobiet. Charlotte, Sasha Banks… Bayley i Nia Jax. Co tutaj można więcej powiedzieć? Wykreowany w zasadzie również tylko jeden feud, ciągnący się zbyt długo. Dodatkowo swego rodzaju obniżenie prestiżu tytułu pań poprzez nieustanne przerzucanie go z Sashy na „Królową” Flair, co w końcu zrobiło się nudne. Po tym wszystkim naprawdę miło widzieć Bayley dzierżącą złoto, mimo iż jej postać zachwycająca nie jest. Spójrzmy na SmackDown, w „landzie okazji” każda kobieta jest ważna, każda kobieta dostaje czas, każda kobieta ma wpływ na storyline`y. Mało tego, nawet każda kobieta będzie miała szansę błysnąć na WrestleManii w walce o pas. To tylko obrazuje jak bardzo dywizje kobiet w tych dwóch brandach się różnią. Jak temu zaradzić? Przede wszystkim dać szansę. Alicia Fox, no właśnie, co ona robi? Towarzyszenie podrzędnemu cruiserweightowi, jakim obecnie jest Noam Darr dobrze karierze nie służy, a Dana Brooke, mimo iż w ringu nie błyszczy to i tak zasługuje na więcej. Dodatkowo może jakiś call up? Asuka z pewnością wprowadziłaby w szeregi kobiet nieco zamieszania.

3. Tag team Division (RAW)

Pomyślicie, że hejtuję, ale kilka tag tamowych aspektów nie da się zmieść pod dywanik. Co tutaj boli najbardziej? W zasadzie tylko to, jak przedstawiani są obecni mistrzowie: Gallows&Anderson. Nie dość, że wygrali pasy podczas pre-show, to przez dwa tygodnie z rzędu jobbują Reignosowi w handicapie… litości. Niekdyś najbardziej dominujący team w Japonii jest pośmiewiskiem w WWE. Obecnie ciekawie prezentuje się rywalizacja Cesaro&Sheamus, Enzo&Cass i właśnie GallAnderson, może będzie to jakiś pozytywny impuls, który pomoże ustabilizować tag teamy w czerwonym brandzie na dobrej drodze. Drugim aspektem, który chciałem poruszyć jest The New Day. Na miłość boską, dajcie im coś do roboty. Ja rozumiem, że to narzędzie marketingu, ale ile można oglądać ich, promujących jakiś nowy produkt, albo squashujących The Shining Stars? Zatem co zrobić, żeby było ciekawiej? Niech Vince zacznie poważnie traktować Doc`a I Karla i znajdzie solidnego rywala dla chłopaków z New Day. Za marzenia nie karają, więc może Matt i Jeff?

4. Tag team Division (SmackDown)

Nic nie jest perfekcyjne, nawet SmackDown. Jedynym negatywnym aspektem niebieskiego brandu jest dywizja tag teamowa. Z rozpadem Wyattów brakuje dwójki na poziomie main eventu, która mógłaby rywalizować łeb w łeb z American Alphą. Oczywiście jest Jimmy&Jey The Usos, którzy po przejściu heel turnu są świetni, jednak ta rywalizacja w końcu się zakończy i co dalej? Jak temu zadziałać? Odpowiedź bardzo prosta, myślę, że to najwyższy czas na The Revival, bądź też Garganno&Ciampa w main rosterze. Oba tag teamy z pewnością brylowałyby w „kwadratowym pierścieniu”.

5. Cruiserweight Division

Cruiserweight Classic było fantastycznym spektaklem. To co ci faceci wyprawiali w ringu, przechodziło moje najśmielsze oczekiwania. Z czasem pojawiały się wątpliwości i pytania o negatywnym oddźwięku. Czy nadal będą tak błyszczeć w głównym rosterze? Jakie w ogóle są plany wobec tych piekielnie uzdolnionych wrestlerów? Okazało się, że całym misternym planem było wrzucenie cruiserweightów na RAW, żeby zapchali show. Plan oczywiście się powiódł, jednak cierpią na tym zarówno zawodnicy, jak i odbiorcy. Matche są po prostu nudne, randomowe, przez długi czas nie było żadnego godnego uwagi storyline`u. Gwiazdy są ograniczone przede wszystkim czasowo, nie mają nawet możliwości godnej prezentacji przed publiką. Tutaj WWE wykonało właściwy ruch tworząc 205LIVE, które może pomóc w poznaniu cruiserweightów. Kolejnym świetnym posunięciem było przydzielenie Neville`a do dywizji, który błyszczy, jest jej królem dosłownie i w przenośni. Powoli wszystko zmierza ku dobremu, zwłaszcza z pojawieniem się Austina Ariesa. Jednak do tych dwóch wrestlerów możemy dodać jeszcze tylko jednego, który wyróżnia się na tle innych i jest to Jack Gallagher. To jest właśnie bolączka cruiserów, brak kluczowych postaci, na których można byłoby oprzeć całą dywizję. Jak to naprawić? Poświęcić więcej czasu na budowę poszczególnych talentów, póki co nieźle to wygląda w przypadku Akiry Tozawy. Dobrym rozwiązaniem byłoby też przypisanie dywizji dwóch rozpoznawalnych nazwisk, które w jakiś sposób dodałyby prestiżu. Pytanie czy Vince McMahon poświęci tyle uwagi cruiserom?

To były aspekty, któe WWE powinno poprawić w dalszej części 2017. Pod koniec roku mam nadzieję wróćić do tego felietonu i po kolei odhaczyć każdy punkt. Czy tak będzie? Czas pokaże.

Mateusz Polak 2017-03-11 12:50:00
| |

Zgadzam się z twoją opinią chociaż dywizja Cruiserweight stoi na dobrym poziomie tylko, że niektórzy wrestlerzy nie są jeszcze odbierani przez fanów w odpowiedni sposób.