Czy wrestling będzie jeszcze kiedyś cool? – ten artykuł dedykowany jest AEW

AEW miało być odpowiedzią na wszystkie zarzuty fanów względem WWE. Czasy Impactu, jako rozsądnej alternatywy dawno minęły, ROH nigdy pewnego poziomu nie przeskoczy, NJPW w USA nie radziło sobie aż tak dobrze, jak pewnie sami oczekiwali. Za WWE, na amerykańskim rynku wytworzyła się więc potężna luka, jedna z większych od lat (a mówimy i tak o gigantycznej różnicy, nieważne czy nieco malała, czy nie). Wtedy na białym koniu przyjechał Cody z kolegami oraz Tonym Khanem obiecując rewolucję.

Dzisiaj postaram się, by artykuł był nieco mniej chaotyczny, niż ten sprzed dwóch tygodni. Nie będzie to łatwe, nie tylko z powodu moich niskich umiejętności przelewania myśli na wirtualny papier, ale również dlatego, że podjęty przeze mnie temat jest dość elektryzujący. Jesteśmy bowiem już kilka miesięcy od startu środowych wojen NXT vs. AEW i chociaż pod względem oglądalności, przeważa regularnie AEW, tak już, gdy mówimy o poziomach gal, to raczej częściej można wskazywać na NXT. Chociaż czy aby na sto procent? Jeden wskaże NXT, drugi AEW, jednak raczej będziemy zgodni, że poziomy obu tygodniówek są naprawdę dobre. Nie jest tak, że żółci robią chłam i da się oglądać tylko AEW, czy też odwrotnie. Dochodzimy do momentu, w którym po prostu fani postanowili wybrać sobie: okej, odpowiada mi bardziej styl tygodniówek w AEW, to będę śledził. Taka sytuacja jest jak najbardziej naturalna.

Jako że jednak żyjemy w społeczeństwie (Oh, hi Joker!), generuje to również negatywne zachowania, pewnego rodzaju fanatyzm i pójście w ostrą skrajność zarówno obozu fanów NXT, jak i AEW. Nie mówię tu tylko o polskim skrawku fanów wrestlingu, ale nawet tu to widać. Bardzo wyraźne jest to za to na twitterze czy facebooku, gdy wejdziemy w sekcje komentarzy anglojęzycznych. Na AEW zobaczymy jakiś dobry segment: „BRAWO! TAK SIĘ ROBI WRESTLING! NIE TO CO WWE!”, nagle w NXT będzie miało miejsce coś super: „NO! A JAK TAM AEW? DALEJ Z MROCZNĄ BRANDI?”

No i w tym momencie powinienem napisać coś w stylu: „No nie róbcie tak, obie gale przecież się starają, dzięki konkurencji jest lepszy produkt, co widać. Przecież i tu, i tu można się do czegoś doczepić, po prostu czerpcie radość z wrestlingu”. I… tak. To w sumie prawda, ale… niech to się dzieje, niech się biją, niech wyzywają, niech ludzie będą żyli w świadomości, że TO KONKRETNE SHOW, które oglądają, jest tym, jak wrestling powinien wyglądać. Dlaczego? Bo generuje to ruch, bo o wrestlingu się po prostu mówi.

Ostatnio w internecie krążyło porównanie oglądalności AEW z pierwszym sezonem Miz & Mrs, gdzie show z gwiazdami WWE w roli głównej biło regularnie w tym zestawieniu AEW, pod względem widzów przed telewizorami. Teraz możemy się uspokoić, bo program wrócił w tym tygodniu i zaliczył marne 400 tys widzów, a leci od razu po NXT, na tym samym kanale USA Network, więc już raczej nie zagrozi AEW i NXT. No właśnie, ale skoro pierwszy sezon bił AEW, to znaczy, że bił również NXT (logika!). Jeżeli sobie porównamy oglądalności wrestlingu, z na przykład serialami na tych konkretnych kanałach, to bywa to różnie. Spójrzmy na przykład na „Suits”, który przed NXT leciał o godzinie 21 na USA Network (pamiętacie, te pierwsze dwa tygodnie NXT na tym kanale, gdy pierwsza godzina była tam, a druga na WWE Network? No to właśnie dlatego, że kończyło się Suits). Nie jest to serial anonimowy, jeżeli ktoś jest wkręcony w seriale, to pewnie, chociaż słyszał o nim. Ósmy sezon: średnio 1,02 miliona, ostatni odcinek sezonu: 740 tysięcy, Dziewiąty (ostatni) sezon: średnio niecały milion, ostatni odcinek serialu: 860 tysięcy!

Czy więc oglądalność NXT wygląda źle, w porównaniu do Suits? Absolutnie nie. Jasne, serial pod koniec miał już swoje problemy, ale wciąż był jednym z flagowych punktów USA Network. Takie AEW wypada równie dobrze, jako całkowicie nowy projekt, niebędący w świadomości „niedzielnego telewidza”, który aż tak nie jest wkręcony w wrestling. Często bije się na alarm, jakie to strasznie wyniki oglądalności osiągają RAW i SmackDown, ale z drugiej strony FOX wyłożyło grube pieniądze, by niebieskie show mieć u siebie, USA Network też chciało o nie walczyć. Naprawdę, nie jest tak źle, jak nam czasami się wydaje. To, że RAW zaliczy „NAJGORSZY WYNIK W HISTORII”, oczywiście nie jest powodem do dumy, ale bardziej pokazuje to trend ogólnie w stosunku do telewizji, a nie do samego RAW.

Nie jest więc aż tak źle, jak może się wydawać. Z drugiej strony… czy możemy uznać, że jest dobrze? Absolutnie nie. Wciąż jesteśmy jednak dość dziwną subkulturą, która idealnie wstrzeliła się w latach 90-tych, gdy te wszystkie dziwności były jak najbardziej akceptowalne i jeszcze mówiło się: proszę, proszę damy Wam dużo ekspozycji, bo to fajne. Attitude Era była więc dzieckiem swoich czasów i przeniesiona np. na 2020 rok, nie miałaby prawa bytu i przyniosłaby zupełnie odwrotne skutki. Nie ma chyba obecnie sposobu, żeby wrócić jakkolwiek, nawet w najmniejszym stopniu, do bycia tym cool miejscem na mapie rozrywki, które przebija się wyraźnie do main streamu. W Polsce miejsce takiego wrestlingu zajęło Fame MMA, które nawet nie kryje się z czerpaniem inspiracji z wrestlingu (hej, Bestia i jego managerze!), zresztą ciężko o inny scenariusz, gdy w federacji tej widnieje „Pan Pawłowski”. To nie jest zarzut do Fame MMA, uważam osobiście, że face turn Marcina Najmana po ostatniej walce, to najlepszy face turn w historii polskiego wrestlingu, a nawet nie miał miejsca na gali wrestlingu.

Na świecie za to mamy tendencje, by jednak oglądać MMA, czyli coś dające zupełnie inne emocje, ale będące przede wszystkim na serio. Jednak czy na pewno? Kto zgarnia największe pieniądze? Conor McGregor. Osoba, która całą swoją personę, zbudowała poza oktagonem, będąc wyrazistą postacią. Nie było to nic nowego w MMA, bo Chael Sonnen momentami jawnie inspirował się wrestlingiem, jednak Conor wzniósł to na wyższy poziom, promował walki w najbardziej wrestlingowy sposób, jak to się tylko dało, świadomie lub nie. Rzeczywistość jest więc taka, że obecnie świat przemielił sobie to, co dla nich wydaje się najatrakcyjniejsze w naszej ulubionej rozrywce, ale niekoniecznie potrzebują do tego całej reszty, która tożsama jest z wrestlingiem.

Czy jest więc jakaś nadzieja, na lepsze czasy dla wrestlingu? Chyba powoli się wyłania. Ja zdaje sobie sprawę, że to są duże słowa, naprawdę. Ostatnio, na jednym z przystanków metra w Nowym Yorku, jakiś fan AEW dokonał „tuningu” na reklamie NXT. Wywołało to między innymi oburzenie osób stawiających NXT ponad AEW: „Patrzcie, jakie bydło, my się nie musimy do tego zniżać”. W pierwszym odruchu moja reakcja, to było coś właśnie na zasadzie, że może to kroczek za daleko. Później przemyślałem sprawę i… więcej poproszę! Niech ta cała wojenka wyjdzie z zakamarków internetu, gdzieś w naszej bańce i stanie się czymś realnym, namacalnym. Nie nawołuje do bicia się na ulicach, ale marzy się gdzieś wizja tego, że fani wrestlingu wyjdą z piwnic, przestaną się wstydzić swojej ulubionej rozrywki i pokażą, że faktycznie są. Tutaj właśnie upatruje nadziei w AEW.

AEW miało być odpowiedzią na wszystkie zarzuty fanów względem WWE. Czasy Impactu, jako rozsądnej alternatywy dawno minęły, ROH nigdy pewnego poziomu nie przeskoczy, NJPW w USA nie radziło sobie aż tak dobrze, jak pewnie sami oczekiwali. Za WWE, na amerykańskim rynku wytworzyła się więc potężna luka, jednak z większych od lat (a mówimy i tak o gigantycznej różnicy, nieważne czy nieco malała, czy nie). Wtedy na białym koniu przyjechał Cody z kolegami oraz Tonym Khanem obiecując rewolucję.

Jasne, możemy dywagować, czy przypadkiem Cody’ego i spółki nie doścignęła szara rzeczywistość, jednak trzeba mieć z tyłu głowy, że cała ta organizacja istnieje ledwo ponad rok, będąc co tydzień w TV raptem od 4 miesięcy. W tym kontekście… ciężko się przyczepić, do tego, jak AEW jest budowane (nie poruszamy teraz decyzji czysto kreatywnych, o tym najprawdopodobniej napiszę za dwa tygodnie). Widać, że jest to twór ludzi, nieco bardziej osadzonych w obecnych czasach, niż papa Vince. Pokolenie wychowane na WCW, jadące momentami na nostalgii do tej federacji, ale przerabiające to na własną modłę, ma za adwersarza osobę, która w Monday Night War była kluczowym pionkiem i ma się wrażenie, że zamiast zmieniać, osadzać pewne motywy z tamtych czasów w obecnych realiach, Vince robi ctrl + c & ctrl + v.

Nie o McMahonie dziś jednak. Wniosek jest taki: AEW robi coś po swojemu. Nieważne czy źle, czy dobrze… po swojemu. Segmentu z biciem skórzanym paskiem nie zobaczymy w WWE (podejrzewam, że rating PG w WWE też jest tu ważnym czynnikiem), to zupełnie inne podejście do budowania storylinów. Wydaje się, że ta mityczna „alternatywa dla ludzi zmęczonych WWE” stała się faktycznie alternatywą, a nie losową federacją numer dwa w Stanach Zjednoczonych.

Nie łudźmy się, AEW nie zdetronizuje WWE. Jeżeli zapytasz kogoś o wrestling, to on to skojarzy z WWF/WWE, bo to przecież to! Tak samo, gdybyś przyszedł do klubu sportów walki i powiedział, że chcesz trenować KSW. All Elite może jednak dokonać czegoś, czego w obecnej formie WWE się nie uda, nie za tych rządów. Może się okazać, że oglądanie wrestlingu znów, chociaż trochę, będzie… fajne. Bo miło będzie sobie odpalić gale ze statku, gdzie kolesia wrzucają do basenu, czy coś gdzie są rekordy i fajnie zobaczyć, że ten jest na numerze drugim w rankingu, pretendentów, a tamten na czwartym.

AEW będzie się mylić, będzie im to wytykane na każdym kroku, długo im zajmie zbudowanie sobie publiki na poziomie regularnego 1-1,5 miliona przed telewizorami. Jeżeli jednak AEW jest dla Was czymś, czego po prostu nie kupujecie, nie trafia do Was… okej. Trzeba jednak mieć w głowie, że sukces AEW będzie sukcesem nas wszystkich, całego tego biznesu, dlatego bez patrzenia na to, czy jesteśmy fanami produktu, czy też nie… dobrze jest im kibicować, bo są nadzieją na to, że może, małymi kroczkami, coś by się zmieniło w postrzeganiu wrestlingu „na zewnątrz”. Wyobraźcie sobie, że AEW nagle zyskuje tę oglądalność na poziomie 1,5 miliona tygodniowo, wyobraźcie sobie, że Khan i spółka robią swój odpowiednik WrestleManii, nawet na te 30 tysięcy osób, wyobraźcie sobie, że zliczając RAW, SmackDown, NXTDynamite i potencjalnie drugie show AEW (o którym jest przecież mowa), wrestling w U.S. TV ogląda ponad 10 milionów widzów. Nigdy nie będzie tak dobrze, jak w latach 90-tych, może jednak będziemy mogli wyjść z tych naszych glinianych chatek i nie być tylko „jednym z czterech fanów wrestlingu”, jak pisał swego czasu Pan Przemysław Rudzki?

Reasumując: Punkt wyjścia wrestlingu, jako rozrywki, jest dobry, nie jest tak źle, jak nam się wydaje, ale zawsze może być lepiej i w tym momencie wchodzi All Elite Wrestling. Piłeczka jest po ich stronie, wszystko w ich rękach albo stworzą prawdziwą rewolucję, albo tylko będą o niej mówić.