Recenzja z Tygrysicem: SmackDown LIVE 26/09/2017

Wrestlingowy krajobraz WWE został ostatnio zdominowany przez RAW. Czy SmackDown było w stanie wyjść z cienia czerwonego oponenta, czy może nadal nie potrafiło odpowiednio zachęcić do obejrzenia nadchodzącego Hell in a Cell?

Baron Corbin (w via CO) vs. Tye Dillinger [Singles match]

Kontynuacja historii trójkąta krążącego wokół tytułu United States Championship przyniosła bardzo rozczarowujące rezultaty. W ringu spotkali się Tye i Baron, a AJ usiadł na stanowisku komentatorskim. Walka była nie najgorsza dopóki nie doszło do zaangażowania Stylesa. Najpierw Corbin wylał jego napój, a potem rzucił w niego Dillingerem, kończąc starcie, bo Tye nie był w stanie wrócić do ringu przed odliczeniem do dziesięciu. A to wszystko poniżej sześciu minut. Wychodząc, Baron oznajmił, że na HiaC chce walki o pas mistrzowski. I tyle. Strasznie to wszystko bez polotu.

Kevin Owens & Sami Zayn promo

W ringu pojawił się Owens z promo, hypującym jego potyczkę na najbliższym PPV. Skierowane było ono głównie do Shane’a, jako że Kevin mocno zwracał uwagę na szacunek i sympatię, którą darzy jego ojca, jednocześnie uzmysławiając, że skoro tyle krzywd jest w stanie wyrządzić takiej osobie, to ile może zrobić komuś, do kogo nie czuje nic pozytywnego. Kolejne zdania wypływające z ust Kevina ukrócił Zayn, który niemalże po przyjacielsku ostrzegł go, że wkracza on na drogę, z której nie ma powrotu. Co to może znaczyć możemy się jedynie domyślać. Owens zaś przeobraził troskę w formę zazdrości i zaczął rant na temat kariery Samiego i jego aktualnego położenia na SmackDown. Atmosfera stawała się coraz bardziej wroga, gdy zza kulis wyszedł Daniel Bryan by oznajmić, że tego wieczoru main eventem będzie singlowa walka obu panów obecnych pomiędzy linami. Oglądało się to świetnie, głównie dzięki niezwykłym umiejętnościom mikrofonowym dawnych przyjaciół.

Jinder Mahal promo

Ah, kolejna powtórka żałosnych żartów i rasistowskich drwin Jindera. Właśnie tego potrzebowaliśmy, co nie? Nie. Beznadzieja kwestii Mahala osiągnęła poziom tak groteskowy, że zastanawiałem się czy WWE odkryło nowe dno, czy może jest genialne w kreowaniu postaci, które są tak złe, że nie chce się ich widzieć. Plot twist przyszedł, gdy jedno ze zdjęć Shinsuke wyśmiewanych przez czempiona zaczęło się ruszać i okazało się nagraniem live. Chwilę później Nakamura skopał tyłki Hinduskiemu trio i… tyle. Proszę, już nie chcę więcej.

Carmella vs. Charlotte (w) [Singles match]

Teoretycznie miało to być starcie jakich wiele, takie żeby zapełnić kartę show, ale z jakiegoś powodu bardzo przypadło mi ono do gustu. Miałem wrażenie, że widzę znaczny rozwój umiejętności Carmelli, który połączony z coraz mocniejszym pogłębianiem się jej gimmicku daje świetne rezultaty. Tak, w końcu przegrała ona z Charlotte, ale ta walczy na najbliższym PPV o pas mistrzowski i musi wygrywać. Księżniczce ze Staten Island potrzebna jest w końcu tylko walizka MitB. Po walce pojawiła się Natalya, która oznajmiła, że niezwykle cieszy się, że Ric Flair wraca do zdrowia, bo będzie mógł zobaczyć, jak jego córka jest masakrowana na najbliższym PPV. Kanadyjka jak zwykle była kompletnie nieprzekonywująca i irytująca, ale nie była w stanie przyćmić naprawdę dobrego meczu.

The Hype Bros vs. The Usos (w) [Tag Team match]

Walkę poprzedziło wejście The New Day, które po chwilowej celebracji z fanami zasiedli w pierwszym rzędzie wraz z zestawem przekąsek. Chwilę później zaczęła się walka, a w mgnieniu oka było już po niej. W niespełna trzy minuty bliźniacy pokonali The Hype Bros, głównie przez brak odpowiedniej komunikacji w drużynie oponentów. Upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze – The Usos po chwili rozpoczęli kłótnię z czempionami, w której nie dość, że wszyscy uczestniczy mogli się odpowiednio zaprezentować, to jeszcze oznajmiono, że walka o tytuł mistrzowski odbędzie się w Hell in a Cell. Po drugie rozwinięto kwestię powolnego rozpadu Zacka i Mojo, a to po prostu inteligentne posunięcie scenariuszowe. Dobra robota.

Rusev’s celebration

Tutaj mamy przykład, jak tworzyć segmenty z dumą narodową. Najpierw English odśpiewał bułgarski hymn dla Ruseva. Ten zaś udał się na podium, gdzie darowane mu zostały klucze do jego rodzinnego miasta – Płowdiwu. Powód ku temu był dość mały, bo wynikał z pokonania Ortona w kilka sekund na poprzedniej gali, ale można zrozumieć, czym kierowało się SmackDown. Następnie Bułgar zaprezentował pełne pasji promo, w którym przekazał, że skoro wyrwał żmii zęby, to teraz on jest panem dżungli, którą jest niebieska gala. Na papierze wygląda to średnio, ale wierzcie mi, z ust Ruseva brzmiało to świetnie. Następnie Aiden zdecydował się zaprezentować piosenkę na ogłoszony przez Bułgarskiego oficjela dzień Ruseva, ale występ przerwało mu RKO Ortona. Po chwili i Bułgarski Brutal leżał bez ruchu na macie, bo i jego dorwał świetnie wykonany finisher. Kolejny bardzo dobry segment.

Dolph Ziggler & Bobby Roode Promo

Niebiescy próbowali zaskoczyć widownię, rozpoczynając kolejny z segmentów gongiem Undertakera. Później rozpoczęło się całe show wejście Dead Mana na ring, ale tłum od początku nie kupił kolejnego z wygłupów Dolpha. Nie żeby radził on sobie z nim źle, ale ludzie zwyczajnie nie byli wystarczająco naiwni. Kolejny popisy przerwał Bobby Roode, który uzmysłowił Zigglerowi jego hipokryzję. Wszak co tydzień próbuje on przekonać tłum, że nie liczy się z jego zdaniem, gdy jest wręcz przeciwnie. Dolph skontrował to, podsumowując gimmick The Glorious One i określając go jako personifikacja tego, co jest nie tak z WWE. Aby niejako udowodnić sobie, kto ma rację, panowie zgodzili się na pojedynek na najbliższym PPV. I słusznie. To powinno być świetne widowisko. A w tym tygodniu nawet imitację Undertakera oglądało się nieźle.

Kevin Owens (w) vs. Sami Zayn [Singles match]

Ja wiem. Oni nie mieli walczyć już nigdy więcej. No ale do cholery jasnej, jacy oni są razem świetni w ringu! W ciągu niemalże dziesięciu minut zaprezentowali nam jeden z najlepszych singlowych meczów, oferowanych na cotygodniówkach w ostatnich miesiącach. Było brutalnie, intensywnie i świetnie technicznie. Przez cały czas siedziało się rzeczywiście wpatrzonym w ekran, a nie przeglądało social media. Walkę zakończył powerbomb na kant ringu, po którym Sami nie był w stanie podnieść się o własnych siłach i sędzia zmuszony był przerwać starcie. Ale Owensowi było mało. Rozwścieczony Kanadyjczyk zakleszczył głowę Samiego w krześle i przymierzył się do potraktowania Zayna, tak jak wcześniej Jericho. Wtedy jednak zza kulis wybiegł Shane McMahon i to on był elementem, w który rzucony został Sami. Po tym posunięciu Kevin uciekł na trybuny i spomiędzy ludu wysłał buziaka synowi właściciela firmy, niczym CM Punk niegdyś Vince’owi. Oj brawo WWE.

Ocena: 7+/10

Gdyby nie zmarnowany potencjał dwóch największych pasów, ocena byłaby dużo lepsza. Tym razem jednak niebiescy muszą zadowolić się określeniem „naprawdę porządny”. Ale ja wiem, że może być lepiej. Oj wiem.